Natural Health Consulting-wiedza na zdrowie

Etnomedycyna z 4 stron świata: Ayurveda, TCM & …. . Technologie a środowisko. Odżywianie. Huna. Zwierzęta. Muzyka. Historia i Mistrzowie ars medicinae.

Archive for the ‘ogród’ Category

zielone życie

TCM, czyli odporny , jak Chińczyk.cz.22.

Posted by natural health consulting w dniu Grudzień 5, 2010

„Poprzedniego wieczoru byłem u Rydygiera. To docent, internista, , lubi mnie i leczy za darmo.(…)Specjalizował się w Ameryce, wobec czego nie jest zbyt dobrze widziany i stoi to na przeszkodzie do uniwersyteckiej kariery, lecz nie przeszkadza różnym bonzom i dostojnikom reperować u niego zdrówko. Stąd piękne mieszkanie (…),…To  co mówi, jest osobliwą mieszanką przyrodoznawstwa i sceptycyzmu, szacunku dla bliżej nieokreślonych okultyzmów i bezsilności wobec tajemnic nieprzeniknionych nawet dla lekarza. (…) Zakazał pić wódkę i nakazał pić sok z dziurawca na niewydolność wątroby…..”  L.Tyrmand, z pamiętników pisarza

Skąd Tyrmand w TCM? A tak, na długie, zimowe wieczory, gwoli przypomnienia, że dzienniki różniste, auto- i biografie, też wiedzy o znaczeniu medycyny naturalnej dostarczają, że stricte „naukowe”, suche nieraz do bólu;) opracowania nie są jedynymi miarodajnymi źródłami informacji o historii „czegokolwiek”. Niby wiadomo, a jednak często się zapomina, stąd łatwo potem powiedzieć:” W Polsce Ludowej lekarze , walcząc z ciemnotą (???!!!)stosowali wyłącznie (???)medycynę akademicką”- gdyż takie „coś” niedawno wpadło do ucha. Zresztą….mają Państwo dziadków…rodziców…. a gdyby nie, pozostaje literatura faktu, czyli całe morze punktów widzenia. Wnioski – jak zwykle należą do Państwa.

Z małego śniegu zrobił się całkiem spory:) ..Ach, to pewnie tak wygląda globalne ocieplenie?:))))) I pomyśleć, że jednak są ludzie, którzy w to uwierzyli…A może to ja rozumuję nieprawidłowo….może ten mróz to tak naprawdę ciepły etap  zimniejszego okresu….no bo gdyby tak temperatury spadły do -40, to teraz faktycznie, ocieplenie:)))))

Tymczasem „Chińczycy trzymają się mocno” i zapewne ciepło , a będą jeszcze mocniej, gdyż i u nich nadchodzi Wielki śnieg- Da Xue, z 7 na 8 grudnia.

Jin rośnie , niedługo wespnie się na szczyt:), wskazówki z poprzedniego odcinka wciąż aktualne, wciąż panuje też żywioł Wody, ale przecież TCM to skarbnica wiedzy wszelakiej, to w dodatku harmonijna połączenie taoizmu i konfucjanizmu , więc czerpmy całymi garściami i zobaczmy, co nam zostanie:)

Chwilkę poświęcę odzieży, gdyż niestety, nie wszyscy zwracają na to uwagę- a wydawałoby się- rzecz podstawowa.

Buty- jeżeli wkładka jest syntetyczna- proszę albo się jej pozbyć, albo przynajmniej włożyć tam wełnianą.Może być też korkowa, w ostateczności , acz nie polecam ze względu na umiłowanie zwierzaków , skórzana. To bardzo ważne, gdyż wszelki „tworzyw sztuczny”;) osłabia nam Qi w stopie, a tego szczególnie w zimie robić się nie opłaca- w krótkim czasie przekłada się owo na zaburzenia nerek. Skarpety koniecznie wełniane. Pojawiły się też bambusowe, ale w naszych warunkach wełnianki  zimą są niezastąpione- po prostu wełna dodatkowo „wykonuje” mikromasaż skóry, pobudzając krążenie, a przy tym, nawet zmoczona nie oziębi stopy w sposób niebezpieczny (oczywiście pod warunkiem, że nie będzie namoczona bardzo długo,czyli jakieś 8, 10 godzin).

No i głowa.Ważna jest ochrona zatok- szczególnie u „migrenowców” i cierpiących na „wiecznie kapiący nos”, ale tak naprawdę, to u wszystkich. Wiatr jest horrendalnie przeszywający, niesie duży ładunek chłodu- poprzez uszy , czoło, może zaszkodzić wielu narządom-pamiętajmy o mapie punktów akupunktury na uszach- tam też odwzorowane jest całe ciało… uszy muszą być osłonięte i…proszę, nie ładujcie w mróz do uszu słuchawek- przy i tak napiętych zimnem błonkach głośna muzyka może sprawić, że słuchawki już nigdy nie będą Wam potrzebne…chyba, że te z aparatem słuchowym.

Ale śnieg: spadła woda w najczystszej postaci. W dodatku strukturyzowana, o czym z pewnością już Państwo gdzieś słyszeli. Mówiąc „najczystszej postaci” mam nadzieję, że ciągle istnieją rejony, w których to określenie zawiera w sobie sporo prawdy:), w każdym razie nie polecam śniegu z terenów zanieczyszczonych- to jasne. W innym przypadku….spójrzmy na zwierzaki: liżą śnieg wolno, po odrobince. Smakują. Nie jedzą go dużo, gdyż wiedzą, że taki rarytas trzeba dozować. I nie jest prawdą, że śnieg smakuje wszędzie tak samo:). ..I jakoś nie zauważyłam, żeby ssaki jedzące śnieg rodziły potem bałwany;)

Uwaga: śnieg najlepiej przynieść w małej porcji do domu, bardzo powoli, po szczypcie ocieplać w buzi.Nigdy nie jeść śniegu na zewnątrz w czasie wiatru: za dużo elementu zimna. Ideałem byłby „śniegowy deser” w słońcu. Ile? Łyżeczkę, łyżkę- a potem, jak kto lubi:), byle czysty. Jeszcze, co do czystości…tak niedawno słyszałam peany na cześć japońskiej diety, że jedzą sushi i tacy zdrowi. Japończycy nie jedzą wyłącznie sushi- to po pierwsze, korzystają z mnóstwa roślin , że nie wspomnę o dobrym ryżu- to po drugie, o chorobach przeciętny Japończyk nigdy obcemu nie opowie- to po następne, do lekarza zagonić ich ciężko (pomijam hipochodryków obecnych w każdym narodzie:)))) , gdyż mają swoje metody , stąd i zdrowsze statystyki pokrywające się ze stanem realnym :)))- p.jak wyżej, ale jeśli sądzicie, że jedzenie surowych ryb nie jest równoznaczne z narażeniem organizmu na wpuszczenie tam mnóstwa oryginalnych skądinąd:) pasożytów, to proszę zrewidujcie wiadomości o rybkach. Rybki zdrowe- ok, ale o „detalach” i cenie zapomnieć nie wypada . Albo obróbka termiczna, albo b.dokładne czyszczenie…..chyba, że mamy japoński organizm…i to kolejny dowód , że można przyzwyczaić się do (prawie) wszystkiego i „co nas nie zabije, to nas wzmocni”:))

Jeszcze troszkę o śniegu….

Dawno temu zauważyłam, że rośliny podlewane wodą ze stopionego śniegu „trzymają się” przez zimę o wiele lepiej niż te podlewane wodą z wodociągu . Więc już nie podlewam „kranówką”:) a efekty objawiły się w postaci gaju , którego fragmenty z ciężkim sercem musiałam zostawiać przyjaciołom przy każdej przeprowadzce….rzecz jasna robiąc sadzonki, więc….znowu gaj:)

Zimno, nie samą wodą człowiek żyje, parę słówek poświęcę więc jedzonku. Z początkowych wpisów pamiętają Państwo zapewne propozycję kasztanów jadalnych oraz podgrzewanych  orzechów włoskich lubianych przez nerki: aktualne.

Przy chłodzie zapotrzebowanie na „dopieszczanie się” rośnie, a z nim , w wielu przypadkach, ochota na słodycze. Gdyby chociaż tylko miód, daktyle….Proszę spojrzeć na piękne zęby Arabów : co wcinają na deser? Daktyle, sezamowe ciasteczka z miodem…..). Co wcina większość Polaków? Masowy odpad przemysłowy, czyli słodycze składające się głównie z „E coś tam”;) , lecytyny SOJOWEJ , glazury z nabłyszczaczem……ja to nazywam nie „cukierki” , a „cukrzykówki”.

No tak:  kiedy obżarstwo i popęd do słodkości wygrają z wiedzą i wolą, cukier urośnie. Nie ma problemu, gdy chwilowo, od czasu do czasu, organizm sam to ureguluje, jeżeli nie przesadzimy z nowymi dostawami. Co, kiedy przesadzimy?

Funkcjonującym od wieków w TCM specyfikiem na cukrzycę jest decoctum z łupin kasztanów jadalnych: łyżkę łupin gotuje się w pół litrze wody-niedługo, do pięciu minut, odcedzony płyn piją w trzech porcjach w ciągu dnia. Codziennie, przez dwa tygodnie. Potem ? Potem przerwa, zresztą cukier po tym wywarze powinien spaść już po trzech dniach…założywszy, że w tym czasie nie uzupełnimy słodkością:)

W Chinach można kupić suszone kasztany na targach, ale cóż….tam jeszcze , w tej „straszliwej dyktaturze” (poniekąd owszem, straszliwej,ale w wielu przypadkach jakby rozsądniejszej od niejednej „demokracji”) każdy może sprzedawać na rynku żywność zebraną czy w polu czy w lesie , czy wytworzoną w gospodarstwie. I niechby ktoś jęczał, że „niehigienicznie”…..:)) Prawda, jakie to dziwne? Handlują bez książeczek zdrowia , nikt nie zagląda im w stragany  i nie powymierali…Cuda jakieś czy co 😉

Temat cukrzycy wyczerpany rzecz jasna nie jest, poświęcę mu jednak dział osobny, a teraz jeszcze o skutkach chłodu.

Bywa, że ktoś się PRZEchłodzi. Nie, nie tak zwyczajnie ochłodzi, ale pozwoli wniknąć elementowi zimna do ” szpiku kości”, do…nerek, stawów. Najczęściej mamy do czynienia z takimi przypadkami np.po długim wystawaniu na mrozie (czekając na bus….) , po przypadkowej kąpieli (nie dotyczy morsów, ale też tylko do pewnego stopnia) w sadzawce..
Uczucie zimna pojawia się koło kostek , w lędźwiach i …w pośladkach. Takie uczucie oznacza, że zimno nas zaatakowało, że chce wniknąć dalej, czyli…zniszczyć , zdominować element Ognia . Nie możemy do tego dopuścić. Okłady z imbiru to najprostsza „zapora” dla tego typu agresji czynnika zimna i pobudzenie wewnętrznego ognia do wyproszenia „zimnego gościa”. Bierzemy ok. pół łyżki świeżego imbiru lub łyżkę suszonego , zalewamy wrzątkiem , zamoczone w naparze mocno ciepłe płótno przykładamy na PLECY i do łóżka, pod pierzynę. A do gardła sok z malin.

I trochę pocieszenia:niedługo zacznie narastać Yang, Jin -maleć. Porę ożywienia czują już tygrysy, jako jedne z niewielu zwierząt zaczynające w porze Wielkiego śniegu…. gody:))

Lektury:dotychczas wymienione w cyklu TCM

Posted in aktualności, odżywianie, ogród, TCM, zdrowie | Leave a Comment »

TCM, czyli odporny, jak Chińczyk.cz.21.

Posted by natural health consulting w dniu Listopad 19, 2010

No nie….ja bardzo nie chcieć pisać o tym, jak nazywa się to, o czym teraz…Mały Snieg-Xiao (oj, ao, ao:))) Xue, też jako Xiaoxue. Twórcy kalendarza made in China ustalili tę okoliczność na 22/23 listopada. I jak zwykle mieli rację- wszak zapisali wyłącznie naturę , a i u nas wszystko wskazuje, że biała kołdra nadchodzi,  ALE…jest nadzieja, bo w kalendarzu wzbogaconym przysłowiami ludowymi znajduje się i to:

Gdy na xiaxue śnieg się nie zdarzy, będą czas mieli żniwiarze. Może jeszcze wytrzyma ta przecudna, polska jesień , przynajmniej do wigilii. Tak, tak, śnieg to „pięknie i bajkowo” i ja się z tym wszystkim zgadzam. Ale proszę nie zapominać, dla ludzi żyjących w biedzie zima jest zawsze czasem najwyższego wysiłku, często- niestety- czasem dramatów, czasem upokorzeń i bólu. Tak, każdy ma swoją karmę i swoje miejsce w świecie….i to też prawda. Ale czy , jeżeli pretendujemy do miana  ludzi rozumnych, nie mamy czynić nic, by te miejsca , jeżeli jest to w naszej mocy, zmieniać? Rozejrzyjcie się Państwo…..Może jest ktoś, zupełnie niedaleko, komu Wasz gest odmieniłby los, który szczęśliwie nie przypadł akurat Wam. A jeśli nie odmienił, to chociaż zapalił światełko w tunelu beznadziejności, ulżył, pomógł przetrwać, doczekać wiosny…

A zwierzęta? Nie cieszy się żadne czując mróz i wilgoć….Czyż nie dziwne, że cieszy się człowiek?…:)

Czterołape szukają schronienia niedaleko nas, bywa, że anektują ciche kąty domostw. Nie wyganiajcie ich stamtąd. One mają takie samo prawo do życia. Wystawcie budki dla ptaków- tak, lęgowe, TERAZ- przez jesień zdążą nabrać „swojskości” i wiosną zobaczycie tam pisklęta. Ptaki nie lubią sprzętów nowych, pachnących jeszcze „ludziem”:).

Usypcie w ogrodach kopczyki z liści- jeże będą miały DOM. Z pierwszym, silnym mrozem wysypcie kaszę, proso dla Pierzastych:)- zyskacie wspaniałe towarzystwo.

Jeśli macie szczęście w życiu i znaleźliście spokojny ląd gdzieś pod lasem , a macie nadmiar buraków , jabłek (naprawdę się zdarza, niestety sama widziałam zmarnowaną tonę owoców , bo człowiek nie wiedział co „z tym” zrobić ), resztki kapusty, wysypcie to w prosty, drewniany żłóbek w kącie zagrody- przyjdą sarny. Dla zajęcy? Niezłe są małe wigwamy z gęsto ułożonych gałązek wierzby, korzenie starych drzew otulone świerczyną. Pomysły na pomoc zwierzętom ma pewnie każdy z Was, tylko pewnie nie wszyscy o tym wiedzą:).

No i niezbędnik: zwierzaki miejskie: koty, psy. Muszę pochwalić Gdańsk, miasto i tak niesamowite, kolorowe, gościnne..to w Gdańsku mieszkańcy- urzędnicy zorganizowali rozdawanie budek dla kotów. Mało tego- Oni wiedzą, że  kot indywidualistą wielkim  i nie są to byle „piętrowe bunkry” a pojedyncze, ocieplone kwatery. Od serca Gdańskowi za tę akcję dziękuję  i czekam na wiadomości z miast pozostałych ( o czym chętnie bym wszystkich powiadomiła) , czy tam też w urzędowych sercach znajdzie się miejsce dla bezbronnych zimą przyjaciół. Nawiasem mówiąc w Gdańsku jest sporo organizacji dbających o braci mniejszych- tak, to cudowne miasto.

A tak przy okazji, co do rodziców twierdzących kategorycznie, że u nich nie ma mowy o kocie czy psie, bo „dziecko ma alergię”- jest mi strasznie przykro, że w ogromnej większości jest to tylko wymówka. Ale z drugiej strony nie powierzyłabym żywej istoty komuś, kto wpadł na pomysł oszukiwania własnego dziecka, więc… Rodzicom, którzy miewają tego rodzaju idee przypomnę tylko, że dzieci wychowujące się ze zwierzętami mają o niebo lepsze relacje z naturą i …z własnymi rodzicami, gdy dorosną i nie jest to nic odkrywczego, niektórzy chyba nie chcą o tym wiedzieć, cóż- kwestia sumienia.

Co do prawdziwie występujących (rzadziej, niż się sądzi) alergii na kocią sierść, to np. nie wywołuje takowych reakcji skóra kota białego- obojętnie dachowca czy rasowego. Poza tym takie alergie też można skutecznie wyprowadzić z organizmu, o czym pewnie w swoim czasie napiszę, w każdym razie – możliwości, gdy się CHCE, jest wiele. Ale gdy woli brak…..

Niech się więc „mały i duży śnieg” trzymają jak najdalej , jak najdłużej. A żeby czekanie na zimę było produktywne, słówko o TCM.

Suszyli Państwo kwiaty liliowca, kiedy o tym pisałam? No więc teraz pora na dorzucenie ich do …rosołku. Ile? Garść. Koniecznie z grzybkami shiitake i imbirem. Liliowca dodajemy jakieś piętnaście-dziesięć minut przed końcem gotowania. Dodatek liczy się tak w przypadku rosołów mięsnych, jak i wywarów czysto warzywnych, a stosując je w zimie pilnujemy jakości naszej krwi- przypomnę, Hemerocallis posiada mnóstwo żelaza.

Ostatnio słyszałam, że ludziom starszym jest coraz ciężej znosić chłody psychicznie .Nic dziwnego- elektrosmog, chaos informacyjny, mnóstwo zażywanej chemii i wynik gotowy. Co podziała regenerująco na wyczerpany mózg i system nerwowy? Recepta wprawdzie niekoniecznie charakterystyczna dla zimy, raczej odpowiednia na każdą sytuację, w której człowiek narażony został na „uderzenia” odporności:

Szklankę pszenicy gotować 3 godziny w dwóch litrach wody, potem wycisnąć przez lnianą chustę, wywar- powinno to być delikatne mleczko -popijać 5 tygodni (gotować codziennie, więc to przepis dla wytrwałych), ale warto, bo to Qi w jednej z najczystszych i najlepiej skoncentrowanych w pożywieniu postaci. A tak poza tym…..najlepszym lekarstwem dla Starszych cierpiących zimą jest….miłość okazana przez ich dzieci.

A co z młodszymi?

Zanurzeni w depresjach, utytłani monotonną pracą….Drodzy moi, stop! Nie po to zwracałam uwagę, że nastała pora Jin , abyście tego nie wykorzystali w praktyce. Jeżeli Jin dominuje nad Jang, kiedy natura się „rozwadnia” (nie na darmo to pora wody), wówczas rośnie poziom płynów w organizmie i …organy są jak „napompowane”- niestety, również serce, więc…obrzęki.

Zimno rośnie=ciało stygnie. (proszę się nie przerażać, tylko nie pozwolić mu zastygnąć na dobre:))))))

Teraz więc, by nie wspomagać nasycenia nas płynami, zmniejszamy nieco solenie . Jeżeli poobserwują Państwo osoby , u których zimowym czasem wystąpiły jakieś guzki , nierówności w tkankach, narośla na ….narządach rodnych, a nawet mózgu , to z pewnością okaże się, że poziom płynów w ich ciele był od jakiegoś czasu za wysoki, że piły sporo, ale nie odprowadzały wilgoci , stąd opuchlizny, grudy- zimno to jak lód na rzece- też tworzy zatory, a przecież my jesteśmy obrazem natury….

To nie oznacza, że mają Państwo mniej niż zwykle pić- przypominam, każdy ma swoją normę- ale, że w żadnym przypadku nie można powstrzymywać odruchu oddawania moczu , a przynajmniej nie długo czy często- to się nie opłaca, to rozregulowuje nerki , co z kolei uderza w serce , a ponadto proszę się ruszać, by płyn miał okazję równomiernie się rozprowadzić , wyparować, by naturalnymi drogami wyszedł:).

Tym samym mam nadzieję, domyślają się Państwo, że niektóre węzły, guzki itp.pojawiające się o tej porze nie muszą oznaczać najgorszego , że często ćwiczenia, ruch, pożywienie pobudzające Qi potrafi je pięknie „rozprowadzić”.

Pożywienie….Migdały, pestki dyni, gotowane znamiona kukurydzy ( byle nie modyfikowanej), grzyb poria , kasza jęczmienna, natka pietruszki, seler, czarna rzepa…tej ostatniej Niedocenianej Mości wypadałoby kiedyś poświęcić cały wykład , dziś tylko o niej przypominam miłośnikom wszystkiego, co brzmi wystarczająco nieswojsko, wyleczenia się z kompleksów i snobizmów krewetkowych życząc , przy okazji zaznaczając, że żołądek polski krewetek(gdybyż one jeszcze zawsze świeże w Waszych talerzach lądowały….) specjalnie nie kochawszy:) i prędzej czy później to okazawszy:))).
(To nie znaczy, że macie nie próbować- owszem , róbta co chceta , ale błagam- nie zapominajcie o żywności lokalnej, snobizmy zawsze kończą się śmiesznością-gorzej, gdy do śmieszności dochodzi ból brzucha:)))  

—————————–

lektury:jak poprzednio w TCM

Posted in aktualności, odżywianie, ogród, TCM, zdrowie | Leave a Comment »

Grzyby:żywność, lek, kosmetyk. cz.1.Ignorancja vs. tradycja.

Posted by natural health consulting w dniu Wrzesień 14, 2010

Wyszli więc z chaty i szli przez las….Pan Jezus szedł naprzód, święty Piotr za nim. Sw.Piotr krył zwędzony placek pod pazuchą,urywając po kawałku i ukradkiem do ust wkładając.Ale co tylko usta zamknął, to go Pan Jezus o coś pyta.Sw.Piotr, by odpowiedzieć , kąski wypluć musiał.Skoro ino ostatni kęs wypluł, przystanął Jezus i rzekł do niego:

Obejrzyj się, Piotrze,co na tej ścieżce rośnie…

Sw.Piotr zerknął bojaźliwie do tyłu , a tam…grzyby :z każdego wyplutego kęsa jeden.

Wtedy Jezus zawołał:

-Myślałeś, Piotrze, że nie dojrzę,co zrobiłeś? Od dziś grzyby na świecie rosły będą, coby ludzie pamiątkę mieli, żeś mnie chciał oszukać….Z ludowych podań, o powstaniu grzybów;)))

Nic, to , że po raz drugi, ale przypomnę:

Niech pożywienie Wasze lekiem będzie ,a lek żywnością…..Hipokrates

Roztrąbiły się nośniki DEZinformacji:

Grzyby BE!

Grzyby trują!

Grzyby nie mają żadnych (?!!!) wartości odżywczych!

Grzyby są zbędne w diecie człowieka! (???)

Grzyby to zagrożenie!

Do tego ostatniego….Chlebem też udławić się można:).Ale co powiemy o dorosłym, który dławi się chlebem lub pozwala na udławienie się nim własnemu dziecku? Nieostrożny był? Nierozsądny? Lekkomyślny? Pewnie to właśnie będą najłagodniejsze określenia.

Czyżby przy okazji ,powiedzmy-nierozsądnego;)- obchodzenia się z darem natury ,jakim są grzybki, ktoś miał ochotę wprowadzić licencję na ich zbiór, albo przynajmniej ograniczenia w zbieraniu runa? Wszak takie pomysły już były…

Ale o tym na razie sza! Na razie rozpętuje się ogólnopolską histerię, obrzydza uroki lasu, z grzybów robi potwory a z ludzi zbierających je- co najmniej „nieświadomych niebezpieczeństwa”;-))). Jedyna pociecha, że ludzie nie dają się zwariować i jak zbierali , tak zbierają…oczywiście uważając na to, CO kładą do kosza….w większości:))

Kiedy maleńki chłopiec trafił do szpitala z uszkodzeniem wątroby po muchomorach, pomyślałam sobie „będzie pożywka dla „służby” zdrowia. I nie pomyliłam się. To, czego jesteśmy świadkami w ostatnich dniach , cała ta medialna awantura z grzybami- nie, nie z chłopcem- z grzybami w roli głównej przyprawia mnie co najmniej o niesmak.

Bo pod awanturę podczepili się od razu miłośnicy transplantacji :jest okazja- trzeba korzystać, prawda? Nieładnie.

Ale nic to- trąbi się o „trujących grzybach” i „niezbędności transplantacji wątroby”…..Hola, hola.

O ile nie neguję właściwości postępowania z wymienionym dzieckiem ,a nie neguję, ponieważ mnie przy tym po pierwsze nie było, po drugie słyszałam, że faktycznie objawy zatrucia dostrzeżono późno, to zastanawia mnie fakt reklamowania transplantacji wątroby przy okazji grzybów w ogóle.

Bo z tego, co mi wiadomo, transplantacja wątroby przy tego typu przypadkach jest ” ostateczną ostatecznością”.

Wiadomo to również medykom niemieckim i amerykańskim….Gdybyż tak z Zachodu przychodziło NAJPIERW to, co najlepsze….

Jak to z wątrobą było?…

„Najważniejsza fabryka naszego życia.Swietnie ukrwiony organ.Wszystko , co jemy i pijemy, dostaje się do wątroby.Jest elektrownią…”-z „Podstaw fizjologii i patofizjologii wątroby” prof.dr Klausa Mohra z Instytutu Farmakologii i Toksykologii Reńskiego Uniwersytetu Friedricha- Wilhelma w Bonn.

Ta elektrownia przyjmuje również trucizny.Niepożądane działania leków ( wiązane z zakłóceniem pracy wątroby, przyp. mój)  powodują oficjalnie tylko w BRD od 80.000 do 120.o00 zachorowań z 6000 do 9000 przypadków śmierci .(Deutsche Apotheker Zeitung, Nr 47, 2004)

Ile zatruć grzybami o podobnych skutkach?

Ile o śmiertelnych?

Wg niemieckiego urzędu statystycznego śmiertelność na skutek spożycia grzybów wynosi przeciętnie aż…..2 osoby rocznie.Bo np. w 1981 padł rekord:13 osób.W 2004 za to dwie….w 2005 – jedna….

To faktycznie fatalnie;)- trucizny straszliwe, te grzybki.

Ale gdyby nawet….to czy transplantacja jest rzeczywiście jedynym wyjściem?

Dlaczego w całej tej historii ani słowem nie wspomniano o starym, naturalnym środku odtruwającym, jakim była i jest sylibina z Sylibum marianum- ostropestu, u nas znajdująca się w popularnym Sylimarolu?

Dlaczego nie bąknięto nawet o studiach prof. dr.Wolfganga Blaschka z Uniwersytetu Christiana -Albrechta w Kiel,
który potwierdza pozytywne , silnie odtruwające działanie karczocha i ostropestu nie tylko in vitro, ale i in vivo, abstrahując od wieków zastosowania go w medycynie chińskiej?

Cynara carbunculus-karczoch , z jego kawoilochinonami (fenolokwasy)  i flawonoidami, znalazł uznanie w oczach wielu medyków dostrzegających jego hepatoprotekcyjne ( ochronne na komórki wątroby) działanie.(Uwaga:nie stosować przy tzw. zamknięciu dróg żółciowych i kamieniach żółciowych).

Ostropest zaś , z jego sylibiną ( dokładniej, dla chemików:diastereomery silybina A i B), izosylibininą (diastereomery izosylibina A i B), silychrystyną i silydianiną),in. flawonoidami, tłustym olejem…ta wspaniała roślinka stosowana „od zawsze” w zatruciach grzybami- o niej też nie padło ani słówko.Chyba, że gdzieś jednak padło;), wtedy proszę o informację, kiedy i gdzie.Bo np. w fachowym piśmie niemieckich farmaceutów nie wstydzą się napisać, że „sylibina może uratować życie”, że antagonistyczne działanie sylibiny wobec związków uszkadzających wątrobę wykorzystywane jest PRZEDE WSZYSTKIM  w zatruciu muchomorem sromotnikowym-amanita phalloides.

Na pierwszym miejscu działania sylibiny wymieniane są tzw.efekty membranowe, co oznacza, że dochodzi do zmian w strukturze zewnętrznej hepatocytów (kom. wątroby) ,co skutkuje niedopuszczaniem toksyn wątrobowych do wnętrza komórek.

Ponadto sylibina powoduje stymulację biosyntezy kwasów nukleinowych i protein w hepatocytach.

Przy wystąpieniu więc pierwszych gastrointestinalnych symptomów- tu najczęściej ok.16-24 godziny po spożyciu -podaje się ( np. w Szwajcarii, w Niemczech, we Francji…:)) właśnie sylibinę-dożylnie.Przeciętnie śmiertelność przy zatruciu muchomorem sromotnikowym określa się w BRD na 18,3 %-ciekawe, skąd takie dane przy tak „bogatej” statystyce „zgonów pogrzybowych”:)))). Po podaniu sylibiny może być zmniejszona ta liczba o….połowę.(dane z DAZ,2004,Nr 47).W przypadku roku 2005 uratowałoby się wedle statystyki pół osoby, ale co tam:)).No i jak tu nie mieć dystansu do statystyk?

Oczywiście przy podaniu sylibiny musi się pamiętać o jednym:absolutnym zakazie spożywania alkoholu-przynajmniej na czas wyleczenia wątroby.

Mam nadzieję, że zasygnalizowałam istnienie środka , o którym najwyraźniej „zapomniano”  , dość wyraźnie, ale coś mi mówi, że jeszcze do tematu wrócę…jeżeli będzie trzeba.

Teraz krótki szkic z historii grzybów, czyli wstęp do kolejnego cyklu.Tak, nie skończyłam poprzednich, ale przecież jesień w pełni-cóż Wam po tekście, jeżeli przeczytacie go w zimie?:)))

Zanim zapomnę: w medialnych „wieściach dziwnej treści” przewijały się „dobre rady” , a to , że np.

„grzyby z blaszkami są trujące a grzyby z rurkami bezpieczne”. Niestety, drodzy Państwo. Pomijając indywidualną tolerancję na te wspaniałe twory , chciałabym nieśmiało zauważyć, iż wśród grzybów „rurkowych ” istnieje np.borowik szatański, którego spożywać nikomu nie radzę, a który wcale nie jest taki rzadki.Z kolei , jeżeli mamy problem z „blaszkowymi” do tego stopnia, że nie potrafimy odróżnić kurki od lisówki- lepiej nie zbierać ich wcale, gdyż wśród nich jest najwięcej trujących-już lepiej kupić pieczarki:).Generalnie jedna zasada:jeżeli naprawdę nie mamy wątpliwości co do grzyba , a przy tym  jest to podgrzybek, maślak, borowik, koźlak- ok. Jeżeli mamy choć odrobinę wątpliwości- zostawmy go tam, gdzie rośnie.

Nauczmy się rozpoznawać tych parę „bez wątpienia” jadalnych-nie wymagam, aby zapoznawać się z ok. półtora milionem rodzajów grzybów lub chociażby stoma tysiącami tych najbardziej znanych:).Warto? Biorąc pod uwagę fakt, iż towarzyszą Ziemi od ok.1200 milionów lat….coś w nich być musi:).

Z historii:

w Chinach zna się lecznicze działanie grzybów odkąd istnieje sztuka medyczna. Na Zachodzie wiedza o nim prawie popadła w zapomnienie, ale…teraz przeżywa renesans jako mykoterapia, a nad którą pochylił się w Europie m.in. Uniwersytet Bonn oraz Institut fur Pilzforschung , Gesellschaft fur angewandte Mykotherapie und Umweltstudien mbH (w w w.gamu.de).

Renesans dzięki Chińczykom, którzy prowadząc w EU swoje praktyki, ponownie pokazali Europejczykom, jak wielkim bogactwem jest natura.

Chiny są kolebką terapii grzybami.Pierwsze ślady o zastosowaniu ich w medycynie europejskiej znalazły się z kolei u Dioskoridesa, w „Krauterbuch….” Hieronymusa Bocka,u Petera Meliusa i Adamusa Lonicerusa-według nich stosowano np.Phallus inpudicus (muchomor bezwstydny,NIE naśladować!!!) na podagrę.Z kolei Fomes fomentarius  (hubiak pospolity, czyli huba) do tamowania krwotoków  a Armillariella mellea (opieńka miodowa) jako środek przeczyszczający.

W roku 1679 pisał Lonicerus o Auricularia judae (ucho Judasza:) , że „gasi on gorączkę, opuchlizny przepędza…”, z kolei Chińczycy uważają Auricularię za środek wzmacniający system immunologiczny oraz regulujący krążenie.

Oni po prostu mają dłuższe doświadczenie:)

I tak, w czasach dynastii Ming (1368 -1644) grzyb Shii take (Lentinula edodes) stosowano jako „eliksir życia” (uwaga-środek przeciwzakrzepowy)…ba, on tam ciągle jest za takowy uważany ,stanowiąc jeden z elementów normalnej diety.

Z kolei Tremella fuciformis („srebrne ucho”,trzęsak morszczynowaty) znane jest z zastosowania w gruźlicy i wysokim ciśnieniu od….przynajmniej 400 lat.

A to dopiero początek, bo z tylu gatunków grzybów o każdym można coś…

Może z naszego podwórka, bo niedługo pełnia, a po pełni na obfite zbiory nie ma co liczyć?:)

Kto wie, że np.maślak zwykły-Suillus luteus ma zastosowanie w chorobach stawów , kurka (cantharellus cibarius, nie mylić z lisówką pomarańczową- Hygrophoropsis aurant.) jest świetna przy kłopotach ze wzrokiem a borowik (Boletus edulis) odpręża mięśnie i łagodzi pracę stawów?

„Nie mają żadnych wartości”? A czemu substancje w nich zawarte znane są jako immunomodulatory? A białko, dzięki któremu nazywane są „leśnym mięsem”, węglowodany, aminokwasy, węglowodany, witaminy A, B1, B2 , PP, C, D, miedź, potas, żelazo, wapń, cynk,niewiele  sodu, ….to co? NIC?

A smak?

Aromat lasu?

Smacznego Bezpiecznego życzę Państwu:)

w w w.deutsche-apotheker-zeitung.de

w w w.gamu.de

„Die Heilkraft der Pilze:gesund durch Mykotherapie”-Prof.Dr Jan Lelley

„Das Krauterbuch des Hieronymus Boch”-wissenschaftshistorische Untersuchung, B.Hoppe, Stuttgart 1969

Z.A.Nieczajew, ” Dzikorastuszczije rastienia i griby w medicinie i kułinarii”,

w w w.ebm.rsmjournals.com (Experimental Biology and Medicine, The Royal Society of Medicine Press Limited, „The Immunbiology of Mushrooms”-A.T.Borchers et al.

plus stałe źródła o TCM oraz doświadczenia własne:)

Posted in aktualności, farmakologia, odżywianie, ogród, survival,czyli przeżyć, zdrowie | Leave a Comment »

Ogród zdrowia.cz.1.

Posted by natural health consulting w dniu Luty 22, 2010

A jednak prognozy się nie sprawdziły?Miało być mroźno,szaro,śniegowo a tu bezczelna wiosna śmieje nam się w twarz. Co ja pisałam o Chińczykach?Jak widać ich terminologia pór roku nie różni się od naszej aż tak bardzo i zupełnie nie wiem,po co to wpychanie ludziom zimna -żeby sprzedać resztki ciuchów na chłody?Owszem,może jeszcze zawirować, nawet śniegiem,ale w naturze przyszła wiosna i nie zmieni tego nawet chóralne wołanie pogodynek i pogodynków o zimę.

Wiosna w ogrodzie -jak w domu-porządki.Pisemka różnej maści nawołują do cięcia i rąbania-niestety,te same pisemka reklamują chemiczne środki ochrony roślin (co jest poniekąd zrozumiałe,gdyż utrzymanie się dzisiaj na rynku prasy kosztuje wyrzeczenia) ,więc z zaufaniem co do rad można mieć pewien problem.

Przypuśćmy,że tniemy wg rady w piśmie,”bo wiosna”.Przycięte w nieodpowiednim czasie krzewy czy drzewa na pewno będą chorować lub wręcz umrą-my oczywiście będziemy chcieli je ratować i kupimy środki polecane na leczenie roślinek,bez gwarancji,że pacjentki użycie chemikaliów przeżyją.

Tymczasem,kierując się kalendarzem księżycowym oszczędzamy sobie stresu związanego z ubytkiem naszych skarbów a im samym-choroby lub śmierci.Oczywiście niezbędna jest też właściwa ziemia,sąsiedztwo,pielęgnacja,ale to wszystko kosztuje o niebo mniej od postępowania zgodnie z naturą a efekty przechodzą nieraz najśmielsze oczekiwania.

Księżyc to zabobony?Jasne,tak samo,jak to,że w ogóle jest-no to przecież jeden wielki zabobon:-)

A odpływy,przypływy zgodne z jego fazami,znaczy się też zabobon?

A zawartość różnych substancji w roślinach zależnie od jego fazy-to też zabobon?

Wreszcie nasze samopoczucie przy nowiu lub pełni,ewentualnie ciekawych konfiguracjach na niebie-to zabobon kompletny?

Jeżeli są to dla Państwa zabobony,proszę udać się do najbliższego sklepu ogrodniczego,zaopatrzyć w chemiczne środki „ochrony” rośliny i dalej mordować naturę a przy okazji tluc i siebie-bo to WASZ wybór,z tym że proszę postarać się nie zapominać,że to samo czynicie innym,niekoniecznie przedwczesnej śmierci pragnącym.Kwestia sumienia.Jeżeli je macie.

Co w zamian,powiecie-co w zamian za łatwe użycie wygodnych proszków i aerozoli?

Zaczniemy od księżyca.O wprowadzenie postaram się przy okazji,ponieważ sama też mam mnóstwo obowiązków,ale teraz zależy mi,aby niepotrzebnie nie ciąć roślin o niewłaściwej porze,ponieważ po prostu je stracicie lub będziecie potrzebowali wiele czasu,by je wyleczyć.

Zasada generalna numer jeden:nigdy nie tniemy roślin w fazie po nowiu do pełni.

Dlaczego?

Soki od nowiu do pełni idą w górę zgodnie z naturalnym rytmem (mówiąc skrótem) i przycięte w tej fazie drzewko ma odciętą drogę do życiodajnego płynu-sok zostaje w górze a ten,co idzie właśnie z dołu,pchany księżycową siłą wybija w miejsce cięcia i ucieka-drzewko usycha,ewentualnie później-jeżeli przeżyje-choruje.

Tniemy więc ZAWSZE od pełni w stronę nowiu.

Dla poszczególnych rodzajów roślin jest też szczegółowo przyporządkowanie znaków planetarnych,w których cięcie przynosi określone efekty,o czym później,ale zasada pozostaje:od pełni do nowiu.

Do następnego:-)

A-pełnia przypada teraz 28.02.2010.

Posted in ogród | Leave a Comment »