Natural Health Consulting-wiedza na zdrowie

Etnomedycyna z 4 stron świata: Ayurveda, TCM & …. . Technologie a środowisko. Odżywianie. Huna. Zwierzęta. Muzyka. Historia i Mistrzowie ars medicinae.

Archive for Maj 2010

Prostata:skryning,cięcie,chemia?Dlaczego nie ruch,ziółko i piwo?cz.1.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 30, 2010

Slady,a nawet zręby technokracji myślenia znajdziemy w medycynie,której aktualny kierunek rozwoju opiera się na mylnym i szkodliwym przeświadczeniu,jakoby problem zdrowia i choroby rozwiązywalny był wyłącznie na płaszczyźnie instrumentalnej praktyki medycznej typu farmakologicznego i chirurgiczno-rehabilitacyjnego(…)

Technokracja jest wyrazem szkodliwej megalomanii,wynikającej z ograniczonej świadomości człowieka…..”

Prof.Julian Aleksandrowicz

Rośnie liczba poradni dla osób z problemami psychologicznymi,rośnie też liczba problemów….Podaż-popyt?

Metody pozyskania klienta (bo dawno pacjentem być przestał)w Polsce dawno już przekroczyły poziom dobrego smaku,o kulturze nie mówiąc.Zwolennicy masowej sprzedaży szczepień,”leków” itp.mówią o „europejskim” lub wręcz „światowym” podejściu do zdrowia i „zacofaniu” Polski.Typowy pseudoargument Polaka(niestety) będącego na usługach silniejszych…może nie „silniejszych”,ale na pewno potrafiących się lepiej solidaryzować (nie tylko w przypadku katastrof) nacji, wietrzącego pieniądze  i  z tego powodu gotowego pełzać w owej nacji piórkach,a nie mającego pojęcia o tym,że właśnie w „świecie europejskim ” świadomość urosła na tyle,że medycyna naturalna i wręcz samoleczenie są na absolutnym topie wśród społeczeństw i już prawdopodobnie z niego nie zejdą-przeciwnie-ludzie na Zachodzie sięgają po najstarsze,najbardziej-rzeklibyśmy-prymitywne wręcz-metody przywracania równowagi zdrowotnej.Tylko,że chemiczne śmieci i sprzęt trzeba gdzieś upchnąć……no to…może by tak do kraju,gdzie ziomkowie wyjątkowo pięknie kładą ziomkom kłody pod nogi?Przecież to idealny pomysł-zresztą,kto by żałował ludzi,którzy nie potrafią szanować własnych krajanów?

 Niedawno rozpętała się awantura o mammografię-i słusznie,ponieważ to koszmarne badanie nie znajduje ani grama mojego (i nie tylko mojego) uznania a stres,ból i „ewentualne efekty dodatkowe”-łącznie z następstwami,które mu towarzyszą,powodują odruch zwrotny na samo hasło.Zresztą o mammografii wspominałam krótko wcześniej i widząc,co się dzieje,domyślam się,że kobiety świadome nie dadzą za wygraną i nie pozwolą traktować się,jak owce.

Dziwne,że ci sami,którzy tak „troszczą się” o nasze zdrowie,nie promują bezinwazyjnej metody termograficzej, nie sponsorują zdrowego żywienia ani nawet akcji mających na celu uświadomienie jego wartości,nie bąkną nawet politykom o zapewnieniu warunków do spokojnego funkcjonowania w społeczeństwie i do właściwej edukacji, i nie zrobią NIC,aby kobiety mogły z optymizmem patrzeć w przyszłość-aby współczesne niewolnice (a i niewolnicy) miały czas na przygotowanie dobrego jedzenia,pieniądze na owo,czas na ruch na świeżym powietrzu,aby nie umierały codziennie ze strachu o przeżycie do pierwszego.

A więc badania obowiązkowe….czyli przymusowe-jak w hitlerowskich obozach?Sprytne kobiety od razu zapytały: „przymusowa mammografia dla nas?No to niech będzie przymusowe badanie prostaty dla mężczyzn!”Możnaby się mściwie uśmiechnąć,gdyby nie to,że uczucie mściwości-tak,jak zazdrości i zawiści wciąż pozostaje dla mnie zjawiskiem wyłącznie obserwowanym i wciąż-z takim samym zdziwieniem…

Bo może ktoś mi wytłumaczy-co da komuś rozchorowanie się z zawiści o np.pieniądze,urodę,popularność (nie ma czego zazdrościć, naprawdę:-),co potwierdzą psychoterapeuci wysłuchujący „pięknych i bogatych”-oczywiście z zachowaniem dyskrecji)wiedzę… CZYJEś,więc nie jego?Przecież od tego te wartości nijak na zawistnika nie przejdą-wręcz przeciwnie-on się pogrąża,wiedząc,że destruktywne uczucia kompletnie nie mają sensu-poza oczywiście destrukcją człowieka najniższego poziomu mentalnego…..ALE zawiść,zazdrość są od niego silniejsze.Po prostu.

Badania nad zazdrością prowadził m.in.Instytut Maxa Plancka-niestety,wnioski nie są pocieszające.Jedną z najpopularniejszych,a krzywdzących dla zwierząt teorii jest,że różnimy się od małp m.in.tym,że one nie potrafią ze sobą współpracować dla wspólnego dobra,ludzie zaś-i owszem.Rzecz jasna nie można pominąć pocieszającego faktu współpracy mnóstwa ludzi w słusznym celu na całym świecie,jednak małpy(i nie tylko małpy,generalnie-zwierzęta)-o czym wie chyba każdy już dzisiaj badacz ich zwyczajów potrafią nie tylko współpracować,ale nawet się dla dobra grupy poświęcić.Obserwując lokalne wojenki między zwolennikami interesu jednostek a obrońcami interesu ludzkości nasuwa mi się  podejrzenie  zlokalizowania jeszcze jednego brakującego ogniwa ewolucji:-), jednak nie tego między małpą a człowiekiem a tego między jednokomórkowcami a organizmami wielokomórkowymi:-)Słusznie pisali wielcy filozofowie:”zawistnik tak bardzo skupiony jest na chęci krzywdzenia bliźniemu,że sam nie zauważa toczącej go gangreny,póki ta mu oczu nie zamknie”:-)

Drogie Panie-miejmy więc na uwadze swoje dobro,ale nie róbmy facetom tego,czego same byśmy sobie nie życzyły: nie żądajcie przymusowych badań prostaty.Pośmiać się można,ale krzywdy robić- nie i nie wypada.W efekcie przecież i tak odbije się to na wszystkich.Jasne-jeżeli jakiś pan lubi tego rodzaju badania,to proszę bardzo:-).

Przymus?Przymus to przecież przemoc.Czy to nie hasło walki z przemocą robi ostatnio karierę?Z przemocą się nie walczy, przemocy się NIE GENERUJE.

No to,po trochę przydługim wstępie:-),opowieść o prostacie:-),zwanej też gruczołem krokowym czyli sterczem.

O jego anatomii i fizjologii można sobie poczytać w innych źródłach,więc przejdę od razu do rzeczy:otóż panowie są ostatnio prześladowani wizją „epidemii raka prostaty”.Chirurg robotę mieć musi,laboratorium też,a i androlog z proktologiem się przy prostacie pożywią;-),więc niektórzy „specjaliści” -podkreślam-nie wszyscy-namawiają panów do badań,po których,stwierdziwszy podwyższony poziom PSA,stwierdziwszy też często WYŁąCZNIE powiększony gruczoł,ordynują zabiegi i leki.

Najpierw kwestia nr dwa:prostata ulega powiększeniu NATURALNIE z wiekiem:raz w okresie dojrzewania,drugi -w okresie andropauzy,po „pięćdziesiątce”,czasem dopiero po „sześćdziesiątce”.

To,przeważnie drugie,naturalne powiększenie ma swoją nazwę w medycynie szkolnej jako BPH (nie,nie BHP:-),czyli Beginning Prostatic Hyperplasia i sama ta nazwa już budzi niepokój u pacjentów,którym „zapomina  się” dodać w rozpoznaniu „hyperplazji” (o Boże,straszne,co to jest??),że to NORMALNE.

Dodatkowo,w miarę upływu lat,w prostacie ulegają wytrąceniu złogi glikoproteinowe,które podlegają stopniowej mineralizacji,co prowadzi do powstania tzw.kamieni sterczowych (concretio prostatica).

Tenże,ŁAGODNY rozrost prostaty NIE JEST NOWOTWOREM ZŁOśLIWYM a coraz częściej prowadzi się dyskusje,czy W OGóLE jest nowotworem-przecież to NATURALNE powiększenie,więc jaki nowotwór?U wielu mężczyzn,którzy zmarli w zaawansowanym wieku-85,90 i 90 -parę,ten rozrost oczywiście stwierdzony w czasie sekcji,ale poza tym oni żyli bez szczególnych dolegliwości wiele lat,nie można więc powiedzieć,że „umarli na raka prostaty”-oni umarli ze starości.

Czy żyliby dłużej,gdyby byli leczeni?

Pozwolę sobie na to pytanie nie odpowiadać.Ale można i tak:A kto to wie?

Wielu mądrych lekarzy mawiało (pierwszy Galen:-)),że ludzie umierają nie od chorób a od lekarstw,ale chyba nie mam już siły,aby to ciągle powtarzać.

Teorie(!) etiologii BPH pewnie nie wydadzą się państwu zbyt ciekawe (choć jeżeli,to proszę pisać),ale może zainteresuje Państwa podział kliniczny przerostu prostaty?Oto i on:

I okres-podrażnienia-częstomocz (szczególnie w nocy),parcie nagłe-prawda,że da się zauważyć bez specjalistycznej aparatury?

II okres-kompensacja-nasilenie objawów

III okres-dekompensacja-zaleganie moczu po wysikaniu,kamica,uchyłki pęcherza moczowego,niewydolność nerek…

A kiedy ten III okres następuje?Ano w wieku mocno podeszłym przeważnie.Lub,wcześniej-przy totalnym lekceważeniu swojej fizjologii,fatalnym trybie życia (brak ruchu),złym odżywianiu i nieprzestrzeganiu higieny.

Załóżmy,że pacjent jest w fazie I i idzie na badania,powiedzmy,rutynowe-tu przechodzimy do punktu nr 1:

-PSA (określenie stężenia swoistego antygenu sterczowego)….wiadomo,że czasem w przypadku rzeczywistego nowotworu prostaty poziom PSA był normalny lub wręcz obniżony…W New England Journal of Medicine ukazała się wzmianka,że w 65% zdiagnozowanego raka prostaty PSA był fałszywym wskaźnikiem,wprowadził w błąd!

A co z opinią „Lancetu” (z 1993!),z „Technology Rewiev” (1994!)?Oto i ona:”Zaledwie 1% komórek nowotworowych może ulec przekształceniu i przeobrazić się w pełnorozmiarowego guza i tylko w 3 przypadkach na 1000 (a więc 0,3%) ZDIAGNOZOWANO raka jako przyczynę zgonu”.Co z tymi wynikami?Badania prowadziły przecież najlepsze laboratoria (a w nich nieskorumpowani pracownicy),tymi wynikami podpierają się teraz „Harvardziści”,korzysta z nich Erasmus Medical Center Rotterdam,Karolinska….. Dlaczego nie mówi się o tym,aby ludzie się przede wszystkim NIE BALI?Aby ująć im jeden z głównych czynników grających rolę w powstawaniu raka???

Dlaczego cicho sza o badaniach Karolinska Institut Stockolm Sweden,o tym,że „już w 1.tygodniu po tym,jak pacjenci otrzymali informację o zdiagnozowaniu u nich raka prostaty,wzrosły u nich (lub wręcz pojawiły się) dolegliwości układu krążenia”,o tym,że diagnozowanie nowotworu prostaty ma wpływ na wzrost liczby chorób kardiovaskularnych (sercowych) i …samobójstw!

Skryning?

Archives of Internal Medicine,Sept.,28,2009:”Nie ma dowodów,że skryning zapobiega śmierci od raka”.

Fall,Fang,Mucci,Ye W,Andren et al,2009:”Immediate Risk for Cardiovascular Events and Suicide Foloowing a Prostate Cancer Diagnosis:Prospective Cohort Study”.

„PSA wyznacza każdą aktywność prostaty,nie wskazuje tylko raka.PSA nie jest potencjalnym sygnałem raka prostaty-wahania w poziomie spowodowane są NORMALNą aktywnością NORMALNIE funkcjonujących hormonów w ZDROWYM ciele. „Dr Gary G.Schwartz,Wake Forest University School of Medicine-BMC,University of Wisconsin-Madison…

Idąc śladami badaczy niesprzedajnych dojdziemy dalej i dowiemy się,że hormon parathyroid (produkowany w organizmie w celu m.in.regulacji poziomu wapnia i fosforu) może wpłynąć na poziom PSA ,kiedy nie ma mowy o nowotworze.Pamiętamy co nieco o odżywianiu,nastrojach i poziomie wapnia?Widocznie nie wszyscy,bo podwyższone PSA jest dla wielu wskaźnikiem do powiedzenia człowiekowi:”podejrzewam nowotwór”.Jakby było mało,zwykle pociąga to za sobą resztę:

-badanie per rectum

-określenie czynności nerek

-określenie przepływu cewkowego moczu (uroflowmetria)

-USG lub urografia dróg moczowych

-endoskopia dolnych dróg moczowych……..

Patrz parę wierszy wyżej,hasło „skryning”.

Wróćmy na chwilę jeszcze do PSA-załóżmy,że jest podwyższone i wtedy słychać coś o podejrzeniu…….nowotworu.

BPH NIE JEST NOWOTWOREM I NIGDY NIE WYKAZANO,JAKOBY MIAŁ BYC JEGO PRZYCZYNą.BPH MOżE występować równolegle z nowotworem,ALE NIE MUSI.

Jeżeli ktoś kategorycznie twierdzi,że BPH jest równoznaczne z nowotworem-niech pokaże jakiekolwiek badania,które to potwierdziły.Nie ma takich?Ojej….:-)

ALE mamy już do czynienia z ….leczeniem BPH.

No dobra,jest częstomocz-niewygodne,wiadomo,czasem jest „nagłomocz”:-)-jak wyżej,więc dlaczego sobie nie pomóc?

Oczywiście,że trzeba,bo sęk w tym,aby nie cierpieć i żyć w miarę jak najdłużej….No właśnie.Jeżeli nie cierpieć,to….dlaczego ze wzrostem BPH diagnozuje się jednocześnie tak często wskazanie na nowotwór?

I dlaczego ordynuje się tak często interwencję chirurgiczną?Primum non nocere…..

Nieśmiało nadmienię,że do terapii BPH oficjalnie należą:

-baczna obserwacja (watchful waiting)-który z medyków to robi?I jak?Ile czasu temu poświęca?

-leczenie farmakologiczne

-metody zakwalifikowane jako nieinwazyjne,co do których inwazyjności chyba żaden lekarz wątpliwości mieć nie będzie,a jeżeli,to znaczy,że po szczegóły nie sięgnąwszy? (ultradźwięki,promieniowanie mikrofalowe)…No fakt,w porównaniu z inwazyjnością następnej metody to pikuś,bo…

-interwencja chirurgiczna (a potem następna,bo jak pacjent parę lat po tym pożyje,to wkrótce stan sprzed operacji się odnawia-BO TAKA JEST NATURA-mechaniczne zabiegi poza przypadkami wyjątkowymi są ATAKIEM na ciało)

-fitoterapia!

Naprawdę?Jest uwzględniona terapia roślinna?JEST!Więc…dlaczego tak rzadko jest stosowana w medycynie szkolnej?Dlaczego chwyta się przede wszystkim po zabiegi lub chemię?DLACZEGO,jeżeli jest możliwość leczenia naturalnego uznana przez AUTORYTETY pracujące również dla Wielkiej Matki Farmy?

Britisch Journal of Cancer,September 2009 sugeruje,że:”…nie ma potrzeby zajmowania się(terapii) w większości przypadków raka prostaty….”Przynajmniej szczerze.Ale o prestiżowej gazecie medycyny szkolnej ani mru mru.Zamiast tego…..

Może najpierw odniosę się do leków syntetycznych stosowanych w przeroście prostaty.Są to:

-alfa-adrenolityki

-inhibitory 5-alfa -reduktazy testosteronu…Dlaczego nazywam je tutaj tak dokładnie?Aby je było Państwu łatwiej znaleźć w opracowaniach i aby się Państwo zapoznali z ich działaniem-no chyba,że zrobił to już Państwa lekarz.

Otóż syntetyki wykazują tzw.niepożądane efekty farmakologiczne,jak:

-te pierwsze-obniżenie ciśnienia i możliwe,związane z tym zaburzenia psycho-fizyczne

-te drugie-maskowanie parametrów biochemicznych,co może utrudnić diagnostykę zmian….a więc….mogą wpłynąć na kolejne diagnozy!Skąd więc będzie wiadomo,kiedy pacjent nafaszeruje się syntetykami,czy wyzdrowiał czy rozchorował się na dobre?W laboratorium pracują wytrwali -bo to żmudna praca-którzy znają się na oznaczaniu markerów,ale nie potrafią przecież rozróżnić (poza wyjątkami interesującymi się całością biochemii),na skutek czego te markery są takie a nie inne.A już na pewno nie rozeznaje się w tym większość lekarzy.Więc ponowne badanie?I ponowne….A jak nie ponowne,to….zabieg chirurgiczny?Może jeszcze trochę syntetyków blokujących m.in. testosteron,co jest kompletnie bezsensownym zabiegiem,gdyż to testosteron unieszkodliwia komórki nowotworowe, których wzrost stymulował…..estradiol.Poza tym,komórki nowotworowe po terapiach  farmakologicznych obniżających poziom testosteronu pokazują się w 80% przypadków (oficjalnie) już po 3 latach,o czym lekarze przecież mówią….na konferencjach,w rozmowach ZAWODOWYCH o terapiach….

A co z poziomem erytrocytów w szpiku przy obniżonej produkcji testosteronu?Czy łatwo jest naprawić potem ich produkcję?

Bibliografia na temat niestosowności użycia środków farmakologicznych i zabiegów chirugicznych w BPH jest coraz obszerniejsza.

Nie byłoby prościej zacząć od ziół?

Weźmy taką bocznię piłkowaną-serenoa repens(jej opakowanie w kaspuły jest jak najbardziej wskazane,gdyż mało prawdopodobne,aby każdy potrzebujący mógł ją sobie wyhodować,ale  i o środkach czysto krajowych informacji nie zabraknie):jak opublikował Urology,Natural Medicines -Comprehensive Database w 1999 (!),53,działanie antyproliferacyjne (w skrócie:zapobiegające niekontrolowanemu rozrostowi komórek)polega  NAJPRAWDOPODOBNIEJ na blokowaniu komórkowych czynników wzrostu ORAZ indukowaniu apoptozy komórek prostaty,więc efekt jest taki,jak u finasterydu i dutasterydu-syntetyków stosowanych w „leczeniu” prostaty.Mało tego-poprawę daje się obserwować po ok.miesiącu do dwóch od początku kuracji-a przy tym nie obserwuje się efektów niepożądanych…ponieważ roślinka robi to łagodnie.

Najprawdopodobniej-po latach doświadczeń laboratoryjnych i badań klinicznych mamy „najprawdopodobniej”,”na pewno” to było w medycynie ludowej-po latach praktyki,na żywo.

Oczywiście lista zasług owoców boczni piłkowanej jest większa (zapytana-chętnie opowiem),ale to chyba wystarczy, aby zwrócić na nią nieco więcej uwagi?Podsumowując działanie wyciągu z serenoa repens:

-zmniejsza napięcie mięśni gładkich dróg moczowych

-zmniejsza obrzęk i przekrwienie pęcherza moczowego

-łagodzi objawy związane z łagodnym rozrostem prostaty w I i II stadium choroby…..

Ano właśnie…..problem zaczyna się,kiedy łagodne,fizjologiczne objawy starzenia organizmu kwalifikuje się już jako chorobę.

Oczywiście bocznia nie jest jedynym środkiem roślinnym stosowanym z powodzeniem w BPH-jest ich mnóstwo i poświęcę im następne części,jednak najpierw muszę się rozprawić z samym napędzaniem strachu,o czym pięknie mówiły….Karolinska Institut Stockholm-Szwecja,Harvard University,który użył przy okazji Swedisch Cancer Register i….na własnej nasiadówce:-)…najstarsze towarzystwo badań nad rakiem,a jakże-wyznające medycynę szkolną, założone w 1907 słynne AACR,czyli American Association for Cancer Research,na konferencji w Houston (Prevention Research Conference,  6.09.2009),konkludując,że substancje roślinne mają „coraz większe znaczenie w terapii chorób prostaty”.

A na myśli (i języku) mieli m.in…..Humulus lupulus,czyli CHMIEL.Panowie?Tutaj muszę pozwolić sobie na sprecyzowanie,gdyż piwo piwu nierówne.Nie będę się znęcać nad pasteryzowanym,puszkowym.Ale przecież mogę szepnąć o niepasteryzowanym,żywym,koniecznie butelkowym-a robi je coraz więcej firm.Dobrze,aby na etykiecie pisało:niepasteryzowane-i ani grama substancji „polepszających smak” czy „konserwujących”-wtedy…bez przesady,ale na zdrowie:-)

Chętnie o piwie – i winie-opowiedziałabym więcej,ale może przy innej okazji:-),teraz jeszcze o substancji omawianej na tejże konferencji w Houston,czyli o xanthohumolu,pochodzącym z chmielu.Ze xanthohumol ma znaczenie w terapii nowotworu piersi,przepuszcza się tu i ówdzie do wiadomości publicznej,że ma „podejrzenie”działania anti-ageing(przedłużające dobrostan organizmu do późnego wieku-powiedziałabym,a nie przeciwstarzeniowe,gdyż starzenie jest nautralnym procesem) -ale natura sprawiedliwa i ta sama substancja okazuje się świetna w terapii nowotworu prostaty a przede wszystkim-w profilaktyce.Czegoś brakuje?Jasne!Przemysł od razu zaczął gadkę o…..szczepionce na raka prostaty,a co bystrzejsi już produkują farmaceutyki i parafarmaceutyki.Na szczęście mamy jeszcze chmiel w jego naturalnym środowisku no i…w piwie,więc oby xanthohumol nie trafił na listę substancji opatentowanych,gdyż wtedy na rynku może będzie dostępna wyłącznie genetycznie modyfikowana wersja chmielu BEZ xanthohumolu?

Wprawdzie:bardzo dobrze,że ktoś pomyślał o zapakowaniu xanthohumolu w piguły i udostępnieniu go ludziom nie mającym możliwości dostania go w postaci naturalnej,ale pamiętajmy o prawie do możliwości WYBORU.

A-gdyby ktoś za piwem nie przepadał ,to jeszcze ma do wyboru sok z czerwonych winogron o bardzo podobnych właściwościach:-)polecam stare szczepy winne,niezastąpione,jeżeli chodzi o różnorodność składników i ich harmonię przede wszystkim.

„Jesteśmy na początku,ale mamy nadzieję(…),że okaże się iż xanthohumol zapobiega nowotworom prostaty….”.Dr Clarissa Gerhauser,szef grupy badawczej w Heidelberskim (BRD)German Cancer Research Center.  

„Hops compound may prevent prostate cancer”(składniki chmielu mogą zapobiegać rakowi prostaty)-AACR,08.dec.09…..tyle wysiłku,tyle badań tylu ludzi za ciężkie dolce i ciągle „na początku”…a wystarczyło sięgnąć do starszych i młodszych opracowań zielarskich:-)

O chmielu,ale i znaczeniu fizycznej aktywności w profilaktyce oraz leczeniu nowotworu prostaty mówi się również w Harvard School of Public Health.

Krótko na początek:głowa do góry,Panowie,nie bać się i nie poddawać,ruszać się i zdrowo odżywiać,popijając (byle nie w nadmiarze) dobre,niepasteryzowane piwko bez sztucznych dodatków.

Lektura:poza wymienionymi cytatami m.in.w w w .ncbi/cochrane database syst.rev.2009/ czyli jak najbardziej oficjalne źródełko medycyny szkolnej,które jednak nie wstydzi się publikować również dobrych wiadomości:-)

archinte.ama-assn.org-jak wyżej:-),czyli Archives of Internal Medicine

Dr Attila Fonyo,”Principles of Medical Physiology”,Budapest,2002

Reklamy

Posted in prostata | Leave a Comment »

Powódź,produkty gotowe i jaja,czyli chleba naszego powszedniego…

Posted by natural health consulting w dniu Maj 25, 2010

O jakości pracy „wysokowyspecjalizowanych” ekspertów mieliśmy okazję przekonać się dodatkowo w temacie powodzi:wytypowali dokładnie te miejsca,które woda,nic sobie z „badań naukowych” nie robiąc,ominęła a nie zbliżyli się nawet w przypuszczeniach do punktów, w których rzeki przerwały umocnienia.Pominę,że wedlug niektórych takie powodzie to miały się zdarzać co „2 a nawet 5 ….tysięcy lat” (co obnażył Teleexpress,TVP 1)

O efektach….Wyniki zdania się na czyjąś odpowiedzialność możemy obserwować na bieżąco.Niestety.

W tym wszystkim jednak chciałabym przypomnieć,że eksperci nie ponoszą bynajmniej wyłącznej winy za swoje błędne założenia:TAK ZOSTALI WYKSZTAŁCENI.Gdzie mieli się udać po wiedzę,jeżeli system nie pozostawił im właściwie innego wyboru?No dobrze,ktoś może powiedzieć:”mogli obserwować naturę”.Fakt.Ale za to nikt im nie zapłacił a zostali też nauczeni,że to,co poza nauką oficjalną,się NIE LICZY.Poza tym….nie ukrywajmy-natura potrafi być wielką niespodzianką,stąd typowanie 100% jest wciąż ryzykowne….tylko skąd u licha ta ogromna pewność siebie tych samych ludzi,którzy już nie raz schrzanili życie tysiącom innych-i nie mam tu na myśli wyłącznie kilku ekspertów powodziowych?

Wróćmy do sedna:o szczepionkach przeciw tężcomi to ja się wypowiedziałam wcześniej,więc teraz pozostaje mi tylko rzec Powodzianom:Gumaki i RęKAWICZKI,proszę Państwa-to teraz najważniejsza część Państwa systemu ochronnego,  w czym,patrząc na relacje,chyba nie każdy się zorientował.Każde czyszczenie w rękawiczkach,odkażanie wody (tej z beczkowozów,bo woda powodziowa nie nadaje się absolutnie do niczego ) filtrami węglowymi,ekstraktem z pestek grapefruita,pamiętać o węglu w apteczce…

Zabrzmi to pewnie jak żart,ale kiedyś doskonałym środkiem w….czerwonce(dysynteria,zwana też chorobą brudnych rąk,objawia się m.in.biegunką) były młode pędy…..pałki wodnej-Typha latifolia i Typha angustifolia,więc roślinki, której się Państwo ostatnio naoglądali pewnie zbyt wiele,jednak jest to niesamowicie energetyczne pożywienie, obniżające też poziom cukru,nieco obniżające ciśnienie,zawierające sporo witamin-głównie vitaminę C,której tak trzeba w osłabieniu organizmu,wspaniale łagodzi nieżyty żołądka,zaburzenia przemiany materii w starszym wieku,moczopędna,pomaga odprowadzać toksyny z organizmu,a przy tym przeciwbiegunkowe.W warunkach powodziowych nie polecam na surowo,choć poza powodzią jak najbardziej (polane octem jabłkowym lub cytrynką i oliwą jako surówka),w sytuacji niepewnej wyłącznie ugotowane-smakują podobnie do szparagów,są delikatne i lekkostrawne.

Indianie piekli kłącza a z wysuszonych robili mąkę-podobnie w Rosji i Chinach,gdzie dodatkowo pyłek z pałki i liście  są świetnym,antyseptycznym środkiem tamującym krew,pałka wodna należy zresztą od wieków do TCM.

Nadmieniam,że to tylko część jej właściwości i możliwości zastosowania,o których przy innej okazji.

I jeszcze-aby dmuchać na zimne:pałka wodna musi pochodzić wyłącznie z terenów pozapowodziowych,tam,gdzie nie było styczności z „wielką wodą” niosącą „wszystko” a przede wszystkim to,czego raczej byśmy widzieć nie chcieli.

Wiem,że teraz nie można specjalnie wybierać,jednak przestrzegam osłabione organizmy przed nadmiernym spożyciem żywności  gotowej a przy tym mocno sztucznej,czyli

SEROPODOBNYCH wyrobów,

CZEKOLADOPODOBNYCH….

ale przede wszystkim gotowców w proszku.Te z konserw, w potrzebie, są niezastąpione-oby na etykiecie miały jak najmniej składników:jeżeli wieprzowina,to niech tam będzie wieprzowina a nie pół tablicy Mendelejewa,jeżeli ryba,to niech na etykiecie będzie np.śledź-lub inna (pangi nie polecam),olej.Ryby w puszkach naprawdę nie potrzebują dodatków-wszystko,co ponad-to nasz zdrowotny znak zapytania.Jeżeli chodzi o gotową żywność w słoikach,to obowiązuje ta sama reguła-nawet,jeżeli pisze,że to „ze spiżarni babciuni”,to sprawdzajcie Państwo skład.Może się okazać,że „babciunia” miała w piwnicy laboratorium i magazyn z chemią .

Ideałem byłoby mieć swoje słoiki ze wszystkim,na co się ma ochotę,prawdziwie „babciowe” wecki,ale bywa,sytuacja wymaga zapasów zgromadzonych mniejszym wysiłkiem.

A….kiedy pili Państwo przemysłowy sok 100% z owoców zawierający naprawdę w 100% owoce?Są Państwo tego pewni,że tak było?

Na targach dodatków do żywności,np.Food Ingredients Europe Frankfurt,można najlepiej przekonać się o zawartości środków podobno spożywczych.To tzw.DESIGN FOOD-więc zaprojektowane,nie-dane nam od natury.Niestety,patrząc w historię, wiemy,że nie wszystko,co człowiek wymyślił (a raczej bardzo niewiele) drugiemu człowiekowi (poza biznesem dla nielicznych ) służy.

Na takich targach wystawiają się firmy farmaceutyczne i chemiczne-jakżeby inaczej….

Każdy aromat może być symulowany,wyprodukowany sztucznie.

DESIGN FOOD żyje ze sztucznych aromatów.

Czyżby….legalne oszustwo?

W średniowieczu za fałszowanie np.wina groziła kara śmierci.To samo za fałszowanie oliwy…..Ktoś mówił,że średniowiecze było ciemne?Chyba ten,kto czytał wyłącznie szkolne podręczniki….w ciemności.

Patrząc na zakupy,jakich ludzie dokonują w wielkich sklepach,nie pozostaje żadnej wątpliwości:ludzkość zażera się na śmierć.

Dawno już większość z nas straciła poczucie prawdziwego smaku,nie odróżniamy,co jest naturalne a co sztuczne.

Tymczasem,aromat „identyczny z naturalnym” może być genetycznie zmienioną pleśnią.

Ich właściwości nie są wymienione na produktach.Jasne-kto by je wtedy kupił?

Pomijam imitacje mięsa-nastrzykiwane chemią płaty białka,coraz częściej o zwierzaków karmionych GMO.

Przeciętny Europejczyk wcina rocznie ok.100 kilo aromatyzowanych produktów.

Na targach tzw.produkcji zwierzęcej (prawda,że „ładna” nazwa?),na których również znaczna jest obecność Big (very BIG) Pharmy i Chemii (na jedno wychodzi,nie wiem,po co ja to rozdzielam:-)można zapoznać się z substancjami tuczącymi,powodującymi szybszy wzrost,większą wydajność krów,kur……A właśnie….niedawno pisałam o cholesterolu?

Jeżeli już jesteśmy przy kurkach……

Kiedy Amerykanie w latach pięćdziesiątych doprowadzili do perfekcji system „wyciskania”:-( kur,dopracowali do imentu wykorzystanie ich najmniejszych części (jak m.in.dodawanie kurzych łapek do gotowej żywności-nie,nie tylko dla zwierząt-to by było marnotrawstwo;-),dodawanie kurzych gówienek do karmy dla zwierząt i pakowanie ich jako nawozu w ogrodnictwie),FDA uznała,że „kurze ekskrementy w karmie dla bydła kwalifikują się do GRAS (ogólnie bezpieczne).

Podobnie GRAS było wszystko inne,co Amerykanie z ochotą skonstruowali w swojej nowej,cudownej diecie,czego wynikiem był wzrost zakłóceń w metabolizmie widoczny gołym okiem do dzisiaj w każdym zakątku „BIG WONDERFUL AMERICA”.

Ale….przestały być bezpieczne jajka.Trzeba było jakoś zagospodarować nieco chemii i w ogólnym rozliczeniu wydawało się,że większy biznes przyniesie oskarżenie jajek o powodowanie chorób niż ich sprzedaż:-)

Doszło do idiotycznej przepychanki,w której po jednej stronie stało American Heart Association a po drugiej-NCEN (National Comission Eggs Nutrition)-narodowa komisja żywienia jajkami (nie zaprzeczę-lobby jajczarskie,powołane w odpowiedzi na atak lobby farmaceutyczego:-)).Lobby farmaceutyczne oczywiście wygrało i producenci jaj zaczęli odczuwać skutki nagonki na  jeden z najbardziej odżywczych produktów świata.

Z czasem zawiązało się Egg Nutrition Center,które nie ustawało w poszukiwaniach sposobów na ujawnienie prawdy o machlojach przeciwników i wreszcie ich badania przejął National Health Institut,który-o dziwo,wystawił jednak jaju certyfikat zdrowej żywności.NIGDY oficjalnie nie przyznano się do WIELKIEGO KŁAMSTWA NA TEMAT JAJ.

ALE:biorąc pod uwagę masowy sposób ich produkcji jednak proponowałabym nieco dystansu i rozróżnianie jaja przemysłowego od jaja z NAPRAWDę WIEJSKIEGO PODWóRKA,gdyż jest to różnica potężna.

Hodowla przemysłowa …..szczepienia,fetor,wydzieranie sobie nawzajem piór i obrzynane dzioby….Szczepienia nie wyeliminowały bynajmniej chorób wśród kur,one chorują jak chorowały-z brudu,strachu,odoru,zranień,braku miejsca.Są więc faszerowane chemią,”aby wyzdrowiały”-kółko się zamyka-wszystko to zostaje w jajku.Słabe skorupki, lejące się białko,plamiaste żółtko,niedobry zapach-to nie są cechy dobrego jajka.Mało tego-jaja transportowane na większe odległości są często napromieniowywane (tracąc lwią część witaminy A i nie tylko,ale tyle przyznaje oficjalnie FDA) lub pasteryzowane-dużo wytrwałości życzę tym,którzy takie pasteryzowane jajo chcieliby ubić-przeznaczcie na to jakieś 3 razy więcej czasu niż na ubicie zwykłego.

Przykro mi to mówić,ale mając do wyboru wyłącznie jajko z produkcji przemysłowej i polną (bo jest i miejska:-) trawę-wybrałabym trawę-ostatecznie zawsze można znaleźć w niej jakieś smaczne ziółka:-)

Opłaca się znaleźć dobrego gospodarza,gdyż prawdziwe,wiejskie jajko jest dziś towarem na wagę złota.

Kończę wpis mając nadzieję,że pomagając Powodzianom podarowują Im Państwo rzeczy,które i Państwo przyjęliby z radością.

P.S.Jakakolwiek żywność,która miała styczość z „wielką wodą”,nie nadaje się do spożycia.

Lektury:

Andrew Chevallier „Der grosse Lexikon der Heilpflanzen”

P.Holloway,G.Alexander,Economic Botany,vol.44.,2/1990″Ethnobotany in Yukon Region,Alaska”

NIH.org./Hu-Willet-Study

w w w .americanheart.org(AHA)

w w w.enc-online.org (ENC)

Posted in zdrowie | Leave a Comment »

TCM,czyli odporny,jak Chińczyk.cz.9.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 23, 2010

Wielka Woda pędzi,pochłaniając po drodze i moje myśli.W tym całym chaosie,w zastanowieniu nad kolejami losu,nad bólem tysięcy ludzi i zwierząt,znajduję jedną,jedyną iskierkę optymizmu:działalność Wspaniałych Ludzi,Ludzi Bezimiennych pomagających Innym bezinteresownie,znajduję ducha współpracy,współodpowiedzialności, współodczuwania-to nie to samo,co współczucie….I jedno pytanie:dlaczego ten wspaniały Naród potrafi się jednoczyć wyłącznie w chwilach ostatecznych?Dlaczego w innych krajach nie jest żadnym problemem porozumienie między ludźmi wyznającymi te same cele,podobne idee-nie muszą być nawet takie same,wystarczy,że celem jest np.wspólne dobro,dlaczego w innych krajach ludzie zjednoczeni poglądami potrafią ze sobą współpracować,pomaleńku tworzyć lepsze środowisko…..tutaj-tylko w chwilach podbramkowych.Na codzień „nie bo nie”.Bo większą rolę odgrywa,że ktoś jednak nie podziela WSZYSTKICH naszych poglądów (a co by to było,gdyby wszyscy mieli jedno zdanie?:-)nudnawo nieco),bo ktoś jest zazdrosny o coś,bo ktoś wie,że wpadł na coś jako drugi ale to się nie wyda,jeżeli ani piśnie o tym, który wpadł na to wcześniej….  (wiedza nie bierze się znikąd,ona trwa i jest przekazywana właśnie dzięki ludziom,jak więc można ją zawłaszczać?),bo Inny zarobi może więcej ode mnie (nawet jeżeli,to co z tego?-to nie są nasze pieniądze,więc jak można je liczyć?)bo wreszcie chce stworzyć jakąś strukturę,która jest celem o wiele bardziej od wspólnego dobra i pragnie władzy niepodzielnej,czym jednocześnie upodabnia się do przedstawiciela teorii,które kontestuje.

Patrzę więc na powódź i myślę,że jeżeli katastrofy są jedynym czasem,w którym Polacy czują jedność,to chyba wiem,dlaczego ich tutaj nie brakuje.Natura znów jest w swej mądrości nieskończona.

Tą,smutną nieco konkluzją zaczynam odcinek kolejny odcinek TCM-o Małej Obfitości,porze zwanej Xiao Man, panującej od 21/22 maja,będącej pod patronatem mandżurskiego urzędnika.Mała Obfitość…pierwsze zbiory zależą wszak od tego,czy rośliny będą dobrze podlane,dobrze więc,kiedy Xiao Man wypełniają deszcze…na przemian ze słońcem,gdyż taka pogoda jest idealną charakterystyką meteo ósmej pory chińskiego roku.

Jing krąży coraz intensywniej…chwileczkę-nie omawialiśmy tego terminu?

Najlepiej chyba tłumaczy się Jing jako esencję,substancję leżącą u podstawy wszelkich form organicznego życia.

Jing to źródło organicznych zmian,jego funkcją jest wspieranie i odżywianie oraz tworzenie bazy dla reprodukcji i rozwoju.

Rozróżniamy dwa źródła Jing,traktując je jednocześnie jako dwa jego aspekty:

-przedurodzeniowe Jing (xian-tian-zhi jing),zwane też esencją wrodzoną,odziedziczoną od rodziców,

-pourodzeniowe Jing (hou-tian-zhi-jing)-tworzące się z odżywiania i sposobu życia-to Jing dodaje w ciągłym systemie Jing przedurodzeniowemu siły życiowej…lub nie,jeżeli nasze odżywianie i sposób bycia działa wobec organizmu negatywnie.

Rozwojowi jednostki towarzyszą przemiany Jing.W skrócie-Jing jest substancją wypełniającą organizm możliwością rozwoju od narodzin do śmierci.

Dysharmonie Jing wyrażają się w zakłóceniach dojrzewania,dysfunkcjach płciowych,niezdolności do zajścia w ciążę lub do wydania dziecka na świat i przedwczesnym starzeniu się.

Qi jest energią związaną z ruchem.

Jing jest substancją zależną od właściwego ruchu organicznych przemian.

Qi i Jing zależą więc od siebie nawzajem.

Qi powstaje też z Jing,ponieważ przedurodzeniowe Jing jest jest korzeniem życia.Stąd tak ważny jest właściwy tryb życia przyszłych matek i kobiet w ciąży-to,co robią,w sensie prawie dosłownym pozostaje później w dziecku,które musi sporo nad sobą pracować,aby te uwarunkowania-jeżeli są negatywne- zmienić i zachować organizm w równowadze.

Jing porusza się niezmiennie przez czas i historię,kontroluje rozwój,rozmnażanie,przemijanie.

Teraz,w maju,mamy świetną okazję do wyciszenia organizmu w obfitości zieleni-zieleni wyjątkowej,kipiącej żywotnością,zapachami świeżości a tym samym do ukojenia Jing-skorzystajmy więc z tej okazji.

To pora,kiedy organizmy zamknięte w ciasnych,sztucznych przestrzeniach reagują alergiami na najlżejszy powiew wiatru niosącego różnorodność zapachów.

Teraz nie powinniśmy -w tym miejscu geograficznym,czyli w Polsce,odżywiać się owocami morza-w ogóle krewetki, kalmary,ośmiornice,kraby nie są naszym naturalnym pożywieniem (Polaków),ale w porze Małej Obfitości nie są nimi już wcale:-)Ryby morskie też należy teraz spożywać z umiarem-co innego ryby słodkowodne.

Najlepiej byłoby właśnie w tej porze przestawiać się na dietę roślinną,w której nie smażymy też warzyw w głębokim tłuszczu,nie jemy wędzonych serów (ani mięs),oszczędnie używamy pikantnych przypraw.

Ma być lekko i smacznie,jeżeli zaś piszę „ma być” to nie oznacza to nakazu,ale zwykłą formę wyrazu,którą Państwo mogą zaakceptować lub też nie,co wydaje mi się samo przez się zrozumiałe:-)

Z mięs -jeżeli ktoś musi:-)-mięso kaczki.

Dochodzą warzywa strączkowe,jak czerwona fasola.Niezły jest też (niestrączkowy:-)korzeń lotosu,ale nie wszyscy Europejczycy mają żołądek tolerujący czysto dalekowschodnie ekstrasy:-)

Z napojów polecam w środowisku europejskim miętę,Chińczycy zaś uwielbiają o tej porze herbatkę z liści wiciokrzewu -u nas można zaadaptować na ten cel wiciokrzew pomorski-rośnie w lasach,ale i w wielu ogródkach-poza pomorskim nie wszystkie odmiany nadają się do picia,więc lepiej pozostać przy wymienionym.Mięta jest łatwiejsza do identyfikacji a i lepiej przyswajalna,przy czym dobrze,aby nie było to więcej niż maks.3 szklaneczki naparu miętowego dziennie-tak,w Maroku piją cały czas,ale to jest Maroko:-)Mamy też różne rodzaje mięty-dość łagodna jest Menthae rotundifolia-mięta okrągłolistna-na dodatek bardzo przyjemna w smaku,przy parzeniu 3-4 listków na szklankę wody.

Nie polecam zimnych napojów-mięta ochładza z samej swojej natury,pita obojętnie-chłodna czy gorąca,więc to powinno wystarczyć.Zimne napoje o tej porze mogą spotęgować bóle głowy i podatność na zmiany atmosferyczne.Nie wychładzajmy żołądka w porze „zmiennych deszczów i palącego słońca”,gdyż zemści się to jego słabością w zimie.

Przypomnę jeszcze o szparagach i o tym,że świetnie obniżają ciśnienie oraz poziom cukru.

Urósł też już przywrotnik-Alchemilla-herbatki z niego nie na darmo stosowano od zawsze pod pretekstem „przywracania zdrowia i urody”-stąd jego polska nazwa.

No i liście poziomek-herbatka od wieków stosowana przez kobiety dla polepszenia zmiennych nastrojów:-),ale i polecana jako regulator hormonalny w postaci dwóch-trzech filiżanek dziennie.Jak zawsze-kobiety  w ciąży,karmiące,  ludzie chorzy powinni zasięgnąć rady aby dostosować zielone herbatki do swojego stanu…jeżeli nie mają większej wiedzy na ten temat od dostosowywaczy:-)

Lektura-jak poprzednio przy TCM,plus doświadczenie:-)

Posted in zdrowie | Leave a Comment »

Homeopatia nie dla wszystkich.cz.12.Urynoterapia a izopatia.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 19, 2010

To,co wiemy,to kropla.Czego nie wiemy-to ocean.-I.Newton

Prawie niemozliwym jest,nieść pochodnię prawdy przez tłum i żadnej brody przy tym nie osmalić.G.Ch.Lichtenberg

Między ludźmi jest wiele rodzajów argumentów-te prawe i te nieprawe….Nie podziwiaj ich zbyt szybko i zbyt szybko nie odrzucaj.Kiedy nieprawdy są ogłaszane-słuchaj pokornie i uzbrój się w cierpliwość….”Paracelsus

Poza homeopatią są i inne,bardzo ważne tematy.Czeka już problem zaburzeń typowo męskich:-),czeka ciąg dalszy o boreliozie,ale chciałam ten wstęp do homeo doprowadzić do poglądowego choćby kształtu,więc…część dwunasta.

Zmarł były vice-dyrektor szwajcarskiego BAG (urząd zdrowia) i były prezydent Szwajcarskiego Stowarzyszenia Lekarskiego (S.Arztevereinigung)-Hans Heinrich Brunner-internista i kardiolog,znany specjalista i konsultant wielu ośrodków….zmarł mając ZALEDWIE 65 lat.Po ciężkiej chorobie.Oczywiście,umiera każdy.Ja tylko zawsze pytam:

dlaczego,jeżeli to następuje tak szybko-wszak człowiek może żyć lat 100 i dłużej,dlaczego tak szybko-CO się stało?I dlaczego tak wczesna śmierć (wypadki to sprawa osobna) zabiera tylu -bo jest ich niemało-specjalistów od zdrowia?Gdzie popełnili błąd?Przecież 65 lat to zaledwie nieco więcej niż przewidziana połowa życia…..Pan B. był zdeklarowanym wyznawcą medycyny szkolnej-DLACZEGO mu nie pomogła?Szwajcaria posiada wspaniałe kliniki,w których stosuje się mnóstwo metod naturalnych,metod,które możemy sobie stosować za darmo,a które tam kosztują majątek,a jednak często trafiają tam wyznawcy medycyny szkolnej ZA PóźNO.Niektórzy nawet nie zdążą.Przywiązanie do wprogramowanej nam systemowo,”jedynej słusznej ścieżki” i strach przed podważeniem całego „swego”    dotychczasowego poglądu…zabija.

A przecież „to jest lekarstwem,co leczy”,dlaczego więc nie próbować wszystkiego?W imię czego?Czy w imię podpisanego cyrografu?Czy warto?Na to pytanie też każdy musi odpowiedzieć sobie SAM.Pamiętając,że są ludzie, którzy go kochają,dla których wiele znaczy,którzy dla niego gotowi są na wiele…żyjąc z ludźmi trzeba o nich pamiętać.

Wbrew temu,co sądzą niektórzy,nie żyjemy tylko dla siebie.Jest wielu,którzy żyją sami,ale NIKT nie żyje wyłącznie dla siebie.Stąd,podejmując ważne decyzje,pamiętajmy o tych,dla których jesteśmy istotni….czasem…dla których jesteśmy wszystkim.

Po niełatwym wstępie-niełatwy temat,ponieważ wspominałam wcześniej o główniejszych metodach terapii medycyny naturalnej-ziołolecznictwie,czyli fitoterapii,homeopatii i….no właśnie-o trzeciej wspomniałam zaledwie,że jest mocno kontrowersyjna i sama słysząc o niej pierwszy raz,wzdrygnęłam się niemiło.Teraz staram się ją zrozumieć i obserwować-na razie nie znajduję w niej niczego,co byłoby ewidentnie złe (chyba,że jest się purystą zapachowym:-), więc przechodzę do przybliżenia Państwu terapii stosowanej niekoniecznie:-),ale mogącej w nagłych przypadkach zaskoczyć nas swoją pożytecznością:-) i dostępnością oraz….gratisowym dostępem.Taka metoda musi mieć jakiegoś haka…..?To prawda.Ma:Brrrr!;-):-):-)ALE…..

W poprzednim rozdziale o szczepieniach wspominałam o nozodach,o tym,że medycyna szkolna skorzystała z pojęcia stricte homeopatycznego,ale wypaczyła je w sposób oczywisty oraz,że przyjmowanie tzw.obcych -w tym również obcych genetycznie nozod zakłóca informację w przemianie materii.A przecież w homeopatii stosowane są też (bo nie tylko) nozody z obcych organizmów-fakt,że niemodyfikowanych genetycznie,ale jednak…co wtedy? 

Powiem krótko:póki z niemodyfikowanych i podawane przez normalne,naturalne drogi pobierania pożywienia i leku-akceptuję tę formę,gdyż i tak nozody homeopatyczne zawierają potrzebną w danym przypadku informację,a więc ilość obcego materiału jest totalnie różna (o wiele mniejsza) od materiału obcego w leku alopatycznym.Tu wybiera się-podobnie jak w medycynie szkolnej-najlepiej dopasowany środek-czasami dostępny jest tylko taki wytworzony z obcego organizmu.

Nozologia-wiedza o nozodach-pozwala na przybliżenie pacjentowi natury tak działającego leku,jeżeli tylko terapeuta wykaże się wolą,co byłoby bardzo mile widziane ze względu na pojęcie leczenia homeopatycznego i samą homeopatii ideę.Szkoda,że często przepisuje się lek,nazywa go bez tłumaczenia,czym jest,a potem pacjent tłumaczy drugiemu, czego sam nie rozumie,co prowadzi do zabawnych-ale i smutnych konkluzji.Nie wiem,dlaczego nie wszyscy Szanowni Homeopaci tłumaczą pacjentom istotę stosowanego leku-to praktyka szeroko znana w kręgach medycyny alopatycznej i,jeżeli to się nie zmieni,to przykro mi,ale obraz homeopaty nie będzie się różnił od obrazu alopaty. Porozumienie z pacjentem,poznanie go i dobranie leku jest podstawą tak w homeopatii,jak i w całej medycynie naturalnej.Tak,pacjenci się czasem śpieszą….lekarze też….ALE to nie jest usprawiedliwieniem-dla zdrowia musi znaleźć się CZAS-„kto go nie ma dla zdrowia,będzie musiał go znaleźć dla choroby”.To działa w obie strony:-)

Przypominam też,że do idei medycyny naturalnej należy szerzenie wiedzy o relacjach między człowiekiem leczonym a lekiem.Jeżeli tę ideę zarzucą ludzie pracujący w jej obszarze,stanie się ona wiedzą dla wybranych-podobnie,jak medycyna szkolna,a przecież nie o to chodzi?

Odwieczna pokusa,zredukowania chorób do maleńkiego obrazu symptomów,zamiast widzenia ich ogółu,wraz z właściwościami człowieka i jego środowiska,widać choćby przy grypie:

Ktoś MA grypę.Oddzielenie.Jest grypa,na grypę są środki-finito.

Dla biurokratycznie zorientowanej medycyny wstęp do ICD (Intern.Clasification of Diseases-klasyfikacja chorób)to ogromna pomoc,z której lekarze chętnie korzystają.

Od końca XIX wieku zajęci są szufladkami,definicjami.Tylko zerk na listę i mamy rozwiązanie.Teraz już chyba mamy…dziesiątą wersję ICD?

Grypa to tylko przykład,jakie to proste:laicy,wytwórcy szczepionek,biurokraci i mnóstwo lekarzy widzi to samo:

GRYPA.

Niewiele mamy opisanych tych grypowych symptomów:bóle członków,gorączka….A przecież jest taki stan,w którym mówimy:

„Jakbym miał gorączkę….”

„Chyba trochę gorączkuję….”

„Mam wysoką gorączkę…”

„Mam strasznie wysoką gorączkę a przy tym tak mi dziwnie….”

Są w klasyfikacji i dreszcze,bóle mięśni,stawów,szyi,głowy,kaszel,zatkany nos,poty,….

No właśnie-JAKI kaszel?

Suchy?Mokry?-od biedy w klasyfikacji można znaleźć (zależy gdzie:-) 

Kapie z nosa,czy cieknie?Czy może wszystko tkwi w nosie?A brak apetytu?Ale jest ochota na słone?A może na słodkie?A może tylko na picie?

Są w klasyfikacji i symptomy duchowe oraz nastrojowe,jak „rozstrój jelitowo-żołądkowy,złe samopoczucie….”

Ale JAKIE złe samopoczucie?Drażliwość czy osłabienie i niechęć do wszystkiego?A może agresja?

Grippe,to z francuskiego „nakryć”,”dobrać się”,”złapać” (gripper)….Influere (influenza)-to „wpływać”-„to wirusy,te „minipotwory”:-)dobrały się więc do organizmu!”Cóż tam na nie mamy?Zerk w tabelkę…..

ANTIphlogistica

ANTIbiotika

ANTIpyretica (stany gorączkowe)

ANTIbronchitica (nieżyty krtani i oskrzeli)

ale i analgetica:-)

I homeopatia ma środki „PRAWIE uniwersalne”-np.w przypadku grypy przepisuje się często bryonię-oczywiście w określonej formie grypy.Fakt,leczy szybciutko.Ach-zapomniałam-teraz nie można mówić,że homeopatia leczy?No to powiedzmy „dociera do przyczyny choroby i powoduje powrót organizmu do stanu równowagi”-brzmi nawet lepiej-tym bardziej,że substancje uznane za „leki” mocno się zdegradowały.

Przepisuje się też:Aconitum-przy grypie występującej po tym,jak chory był poddany działaniu silnego,zimnego wiatru lub intensywnego przeciągu,

Baptisia-po poddaniu się agresywnemu działaniu klimatyzacji (np.w biurze czy samochodzie),przegrzaniu lub przechłodzeniu,

Belladonna,Bryonia,Gelsemium są stosowane,gdy wilgoć,gorąco,duchota,parno lub intensywne ochłodzenie,po przegrzaniu z udziałem suchego wiatru,lub po suchym,zimnym wiatrem przechłodzeniu

Nux vomica,Pulsatilla-gdy mokro,wiosna lub lato,brak snu,przeładowany żołądek,zmiany temperatury,przeciąg

Rhus tox.-gdy za długo przebywaliśmy w klimatyzowanym pomieszczeniu,przemokliśmy,przesililiśmy się(często jest to tzw.pierwszy wybór przy grypie)

Sulfur-przy zbyt długim wychłodzeniu w wilgotnym środowisku,po zbiciu gorączki antybiotykami,po analgetykach….

To tylko,znane już,przykłady środków stosowanych przy (pobieżnie przedstawionych) różnych przyczynach grypy,które opiszę dokładniej,kiedy tylko przejdę do samego leku homeopatycznego-o,pardon-to było wg definicji homeopatów-teraz to się nazywa-kiedy przejdę do „terapeutycznych wskazań składników materiału homeopatycznego:-)”…też nie?A,do „określenia zakresu działania bez wskazania terapeutycznego substancji homeopatycznych”?Jakoś tak:-), pomieszały  mi się te definicje:-):-):-)Co do zawłaszczania pojęć „leczy”,”pacjent”…. czy,gdyby nie strach przed mocą medycyny naturalnej,czy trzeba byłoby kraść pojęcia (wszak pierwotnie LECZENIE jak i PACJENT do niej należało),obwarowywać je kodeksami?I czy w ogóle można (nad czym właśnie toczy się w prawie medycznym na świecie dyskusja) instytucjonalizować pojęcia uniwersalne,pojęcia,które funkcjonowały od zawsze,czy można instytucjonalizować prawdę,która jest nieograniczona i nieuwarunkowana-po prostu jest,według której rośliny mają lecznicze zastosowanie a więc  -idąc skrótem myślowym-leczą,według której człowiek chory to pacjent-„cierpliwy”,choć nie każdy chory cierpliwość wykazuje:-)Wkrótce edukacja zechce zawłaszczyć pojęcie „ucznia” i „nauczyciela”,potem przemysł -pojęcie „pożywienia”……Dokąd to…..?

Czy definicja Arystotelesa,przejęta przez Hipokratesa a potem Paracelsusa i innych mistrzów medycyny-„to jest lekiem,co leczy”-nie wystarcza?Kto ma interes,aby normalny człowiek pogubił się w gąszczu definicji?   

Homeopata nie śni o leku uniwersalnym,na wszystko i dla każdego-on wie,że takiego leku NIE MA.

A jeżeli Państwa lekarz upiera się,że grypę spowodował wirus grypy akurat zimą czy jesienią lub chłodną wiosną,to proszę go spytać,dlaczego wirusy miałyby się rozmnażać przy zimnej pogodzie.Chętnie wysłucham odpowiedzi:-):-)

Jeżeli usłyszą Państwo w ogóle jakąkolwiek na powyższe pytanie odpowiedź,to proszę jeszcze dopytać,jakim cudem jeden wirus może spowodować NARAZ w społeczeństwie tyle form grypy.I tych odpowiedzi wyslucham.:-)

A może usłyszą Państwo klasyfikację wirusów…..”NIEWIROLOGOM” wyda się to bardzo,ale to bardzo naukowe:-)

Potem to już…można zaczynać produkcję szczepionki…..

Swoją drogą,jak często słychać „lekarz kazał”.Dlaczego?”On już wie,dlaczego”.

Lub:”Jest pan/pani moją ostatnią nadzieją!”

ALE DLACZEGO?Czy nie oczekują Państwo od ludzi w białym fartuchu ZBYT wiele?Dlaczego nie uruchomią Państwo samoodpowiedzialności za swoje,własne zdrowie?Dlaczego nie wiedzą Państwo,co łykają?Dlaczego nawet do głowy Państwu nie przyjdzie,aby przeczytać ulotkę lub zapytać?Dlaczego też ludzie,którzy udają wielkie przywiązanie do Polski i deklarują chęć czynienia dobra dla Polski,jednocześnie robią wszystko,aby Polak był zależny od bynajmniej niepolskich koncernów i dlaczego oni sami,funkcjonujący w tak prymitywnej,jaskrawej dezinformacji,miotający się w klatce zależności,uznają tę klatkę za pałac?I z największego pałacu trzeba kiedyś wyjść.Trzeba….można…wolno wyjść?I CO wtedy?Co,kiedy za późno jest na wszelkie „dlaczego”?

Daleka jestem od nacjonalizowania poglądów,co dodatkowo w moim przypadku byłoby śmieszne-Człowiek to Człowiek-w codziennym pojęciu międzyludzkim-nieważna narodowość.ALE aby ten Człowiek mógł dobrze funkcjonować w dzisiejszym świecie,w którym historia zakreśliła nieubłagane granice,wskazane byłoby,aby każdy kraj miał szansę rozwoju własnego przemysłu i dawał dobrą pracę przede wszystkim własnym obywatelom,aby nie brakowało ich tak w zarządach,jak i na wszystkich stopniach struktury firm,aby nie byli niewolnikami we własnym kraju.Historia niestety,niczego wielu nie nauczyła,a przecież dobitnie pokazuje,że w każdym przypadku zawładnięcia jednego kraju przez inny,prowadziło to do jego maksymalnego wykorzystania i degradacji-to nie jest zdrowa sytuacja,kiedy zdecydowana większość zarządu firmy pochodzi  z kraju,którego określona polityka wskazuje na  totalny wyzysk drugiego!

Podobno „dlaczego” jest pierwszym słowem do wolności…..

Też tak myślę.

Proszę Państwa-to o czym teraz napiszę,może spowodować,że niektórzy przestaną tę stronę czytać.Trudno. Zaczynając opowieść o pojęciu nozody nie mogę nie napisać o najtańszej i najefektywniejszej,choć tak kontrowersyjnej,nozodzie świata:o moczu.Dlaczego jednak niespecjalnie pochwalam nozody wykonane z obcego moczu,czyli urynoterapię po przemysłowemu,nawet w ujęciu homeopatycznym-lekami nie mającymi nic wspólnego z substancją pochodzącą z Waszego ciała?:-)

Po kolei-proszę pamiętać,że to TYLKO moje zdanie (aczkolwiek dzielone z wieloma innymi) i nie muszę mieć racji.

Terapia urynowa oferuje nam we wszystkich warunkach,o każdym czasie,najlepiej pasujący homeopatyczny lek w formie „autonozody”.Bez zależności również od firm homeopatycznych lub samych homeopatów.Wiem,wielu homeopatów mnie za to nie polubi:-),ale znam przypadek matki dziecka,któremu lekarz homeopata przygotowywał nozodę z jego moczu robiąc wokół tego co najmniej tyle szumu,jakby produkował złoto,w dodatku za koszmarne pieniądze daleko przekraczające zwyczajową stawkę.Zgoda,że przygotowanie leku homeopatycznego wymaga o niebo więcej pracy (i wiedzy) aniżeli zerk w tabelkę i przepisanie „leku A na chorobę B”.Zgoda,że praca lekarza jest nielekka i powinna być wynagradzania godziwie.Ale….powinno być na nią stać wszystkich ludzi,którzy ze swoim zdrowiem nie radzą sobie sami.Abstrahując od ceny zdrowia,które,jak wiadomo-„jest bezcenne”, tego typu praktyki nie mają wiele wspólnego z etyką ani samą ideą homeopatii.Dziecko wyzdrowiało i czuje się świetnie,ale biedna matka musiała zaciągnąć kredyt,dzięki czemu się rozchorowała,bo spłacać nie ma z czego.Czy to jest przykład pozytywny?Tak,homeopatia ma wystarczająco wielu wrogów,aby przysparzać im kul,ale proszę Państwa nie można pisać wyłącznie o samych zaletach funkcjonowania czegoś,kiedy to funkcjonowanie doskonałe nie jest. Można pokusić się o gdybanie,że „gdyby homeopatia była powszechnie dostępną,jedną z form terapii oferowanych wszędzie,to i ceny byłyby niższe i sami homeopaci chętniej informowaliby o jej zaletach”,ALE….to,niestety,gdybanie.

Wracając do urynoterapii…..

Własny mocz-lek więc w formie „autonozody”-ba-w najsurowszej formie homeopatii-IZOPATII.

Nie jest prawdą,że ojcem izopatii jest Enderlein-tak,ten sam Enderlein funckjonujący w medycynie szkolnej.Enderlein owszem,stosował izopatię i propagował ją,ale to za mało,aby nazwać go jej wynalazcą,gdyż pierwsze pisane źródła o izopatii pochodzą z pism staroindyjskich-a biorąc pod uwagę,jak długo wiedza w Indiach przekazywana była ustnie,możemy przypuszczać,że historia izopatii sięga jeszcze dalej.

Termin pochodzi od gr.isos-równy,pathos-cierpienie.

W 1833 niejaki J.J.W.Lux pracował nad tą właśnie metodą-aequalia aequalibus curantur (równe-równym leczyć),co wykorzystał Enderlein,aczkolwiek dopiero w 1872.(G.Enderlein:”Uber die endobiontische Natur der Rinder-Leukose.”-można przeczytać w „Akmon” z 1955.(Niestety,wiele wartościowych źródeł jest już prawie lub wręcz nieosiągalnych, czasem trafiają się w zagranicznych antykwariatach,czasem udostępni jakaś biblioteka klasztorna,w ostateczności uniwersytecka,ale muszę powiedzieć,że prawdziwe skarby literatury medycznej należą do Kościoła i zbiorów prywatnych).

Już więc nie „podobne podobnym”,ale „to samo tym samym”-bo to jest istota izopatii.

To nie spodobało się Hahnemannowi.Nie miał o niej najlepszego zdania (odrzucał ją),ale jego następcy przyjęli tę metodę jako pokrewną homeopatii.

To jedna z najstarszych,jeżeli nie najstarsza,materialna terapia ludzkości,istniejąca już w przedczasie religii i w królestwie zwierząt.Znają ją wszystkie najstarsze plemiona na Ziemi.Mamy tu do czynienia z archetypem w sensie Jungowskim -jakkolwiek by nie mieć ochoty na dzielenie wielu jego poglądów:-)

Niezwykle obszerna,ale mało znana większości ludzi literatura (sporo we francuskim,niemieckim, hebrajskim, arabskim,chińskim)na ten temat (bo po co ludziom udostępniać wypróbowaną wiedzę-lepiej im sprzedać lek z ich własnych wydalin:-(,mówi o przykładach terapii moczem zewnętrznych i wewnętrznych,ranach,o terapii trądu i gangren,o infekcjach,zapaleniach oczu,cukrzycy,gruźlicy…..Zakres urynoterapii wydaje się nie mieć granic.A jednak cisza-informacje ukazują się jedynie w przypadku PREPARATóW Z MOCZU a i to przedstawianych wówczas jako „kolejny cud medycyny i efekt wiedzy specjalistów”.Przecież trzeba zarabiać.Trzeba,ale,powtórzę-JAKIM KOSZTEM?

Wiedzą Państwo,że jeszcze niedawno lekarzowi chińskiemu płacono tak długo,jak utrzymywał ludzi,których miał pod opieką,w zdrowiu. Ot,żył sobie spokojnie,miał zapewniony byt,starał się więc,aby potencjalni pacjenci mieli informacje o sposobach utrzymania zdrowia-stąd do dziś przeciętny Chińczyk jest uświadomiony medycznie na tyle,że z powodzeniem mógłby otworzyć praktykę w każdym kraju Zachodu.U siebie nie,bo po co,jak wszyscy wiedzą,co i on.Dzisiaj powoli się to w Chinach zmienia-jak wszędzie……Niestety. 

Nasz system pracuje ze sprzecznym z zasadami informatyki,wątpliwym tzw.”pozytywnym sprzężeniem zwrotnym”, wedlug którego przemysł  medyczny zarabia tym więcej,im bardziej chory jest człowiek.

Bada się dziś urynę na składniki materialne,znajduje „starych znajomych” i jest się zadowolonym.Ale to nie te składniki działają,a molekuły.KLUCZ znajduje się w śrubie przemiany materii.

Uryna jest wyprowadzonym produktem końcowym śruby przemiany materii.

Uryna zaznacza koniec katabolicznej gałęzi śruby,jest pozyskiwana w nerkach z krwi poprzez filtrację.

Krew,przez arterie nerkowe podąża do ciałek  nerkowych,w których następuje pierwsza filtracja krwi.

Tutaj tworzy się,przeciwnie do pierwotnej plazmy krwi mocno rozcieńczony tzw.pierwotny mocz.

Rozcieńczenie następuje przez to,że wszystkie,wielkie makromolekuły od przekroju 10nm są zatrzymywane.

Od tego moczu pierwotnego,w dalszym obiegu,w znaczącym obszarze tzw.pętli Henlego zostaje znów o krok dalej rozcieńczony,przeniesiony z powrotem i  znów rozcieńczony do krwioobiegu….w pozostałym procesie opuszcza ciało przez pęcherz jako skoncentrowany mocz końcowy.

Z procesu odzyskiwania poznajemy,że chodzio o iteratywny proces rozcieńczania.

Iteratywny -tak,są mniej i bardziej skomplikowane definicje:-),ale posłużę się prostym wyjaśnieniem:to proces kontynuowanego polepszania w najmniejszych,kolejnych kroczkach:-)-doskonalenie.W informatyce określa się to jako kształtowanie elementów sterowników związanych z bezpieczeństwem i to też jest prawda,jakże pasująca do organizmu.

Odzyskany udział moczu pierwotnego pozostaje znowu zmieszany z krwią w ciele,a część jego dostaje się przez przez układ krążenia w krótkim czasie do nerek,gdzie cały proces się powtarza.

Te procesy powtarzają się bez końca,przy czym powstają coraz wyższe rozcieńczenia pierwotnej krwi.I wciąż dochodzi do tego nowa,nierozcieńczona plazma z nowymi produktami przemiany materii…

Istotnym dla otwarcia wyższych struktur w wartstwowości metabolitów jest rozcieńczanie (sieć rozcieńczeń Ostwalda)

Potencjonowany,rozcieńczony płyn,nie ukazuje się następnie w moczu,ale znowu w obiegu krwi.Dopiero przy następnych powtórzeniach dostaje się część z tego do moczu końcowego.

To postępujące wędrowanie/powracanie w obiegu krwi jest znaczące dla iteratywnego procesu potencjonującego,bez którego mechanizm śruby przemiany materii z jej,przeplatającymi się ze sobą,zstępującymi i wstępującymi (katabolicznymi i anabolicznymi) gałęziami nie byłby możliwy.

Zaden system informatywny nie przebiega jak,przykładowo,wąż,a wszystko funkcjonuje przez zasadę sprzężenia zwrotnego.

Problemem dla wielu jest zagadnienie czystości moczu,jego toksyczność.

To przecież przefiltrowana krew,więc jak może być toksyczna dla jej posiadacza?Z podkreśleniem dla JEJ posiadacza.

Mocz ze środkowego strumienia porannego (co ważne) jest czysty,dopiero potem bakterie zaczynają proces rozkładu i robią to błyskawicznie,rozmnażają się,jak szalone:-),stąd moczu nie należy przechowywać.Terapia nie powinna trwać dłużej niż 3 do 4 tygodni,w czasie których chodzi o odbudowanie własnych materiałów obronnych.

Nienarodzone dziecko w łożysku miesiącami pływa w urynie,wody płodowe w połowie też są z uryny-jak może być trujące coś,co pochodzi z WŁASNEJ krwi i otacza ciało w najdelikatniejszej fazie,zostało wybrane przez naturę do towarzyszeniu mu w pierwszych fazach rozwoju?

W medycynie szkolnej,system urogenitalny (nie mylić z fekalnym,a to się niestety zdarza:-))to jedno z pojęć fundamentalnych.Moczowe i płciowe organy są razem i korzystają ze wspólnego wyjścia…..I TO MA BYC TOKSYCZNE?Przecież,gdyby uryna była dla jej gospodarza toksyczna,nie byłoby możliwe rozmnażanie się,nie byłoby możliwe życie!

Mówiłam niedawno o samowystarczalności człowieka żyjącego w zgodzie z naturą,o wspaniałym systemie podarowanym nam przez Boga lub Naturę-któż to wie,może przez jedno I drugie?:-)W samej rzeczy,proszę Państwa, mimo automatycznego u wielu obrzydzenia do płynów pochodzących z ciała,aczkolwiek:-) będących tam nie na darmo,własna uryna jest najczystszym i najbardziej leczniczym w niektórych chorobach materiałem,który mamy w swoim organizmie,który nosimy w sobie-wie to każdy lekarz,ale niewielu to powie:-)

Obszar terapii moczem jest dość szeroki-od kaszlu,AZS,astmy,neurodermitis, po trąd i pęcherzycę,chociaż od razu mówię-są przyjemniejsze i „nieobrzydliwe”-ziółkowe:-),zewnętrznie zaś zastosowanie przy oparzeniach (również słonecznych),krwawych zranieniach a nawet masażach przy bolących mięśniach:-)-przy tym ostatnim o niebo milsze są masaże z udziałem olejków eterycznych i też nie mniej odżywcze-pod warunkiem,że te olejki (naprawdę naturalne) mamy,w Indiach i Chinach do dziś przepłukuje się moczem piekące oczy,płucze bolące gardło,nos.W starej literaturze polskiej można przeczytać,jak matki okładały dzieciom chore gardła pieluszką z ich własnym moczem i nie było to niczym niezwykłym.

Ze swej strony nie polecałabym urynoterapii przy infekcji dróg moczowych i zaawansowanych stadiach chorób sklasyfikowanych jako zakaźne ze względu na wyjątkowo sporą ilość produktów szybko rozkładających się a niekoniecznie pożytecznych:-)

Nie zachęcam do tej terapii jako środka pierwszego wyboru,zawsze i wszędzie-o nie,ona była stosowana zawsze w czasie wszelkich katastrof i wojen,dzięki niej ludzie przeżywali cało (np.zaleczone wstępne stadia gangreny),więc dlaczego o niej nie poinformować?

Urynoterapia nie wymagała nigdy skomplikowanej,terapeutycznej strategii,po prostu się ją stosowało.Od wieków.

Patrząc homeopatycznie:czyżby autonozoda (nozoda sporządzona z własnego materiału) była idealnie dopasowanym lekiem…?

Przygotowanie homeopatyczne w urynoterapii ma tę zaletę,że nozoda ma wówczas neutralny smak i zapach.

Jeszcze inną stroną stosowania moczu jako leku jest,że człowiek nie może rzeczywiście rozstrzygnąć o najwłaściwszym celu terapii-tutaj decyduje NATURA,w ramach regulatywnego położenia wyjściowego.To oznacza dalej,że pomaga w pełni przy ostrych chorobach,gdzie doprowadza do pierwotnej homeostazy (restitutio ad integrum),ale przy chronicznych,przy których regulacja znalazła się na innym poziomie,prawie na pewno nie doprowadzi do całkowitego wyleczenia-raczej ustawi się na zmienionym,regulatywnym poziomie w sensie pseudohomeostazy-tak samo przy chorobach degeneratywnych. 

Urynoterapia a ziołolecznictwo?Uryna praktycznie nie posiada wartości odżywczych,to czyste,uduchowione:-) lekarstwo.

Rośliny-to pożywienie-nie można z nich rezygnować przy żadnej terapii-tak samo,jak nie rezygnują z nich zwierzęta.

I ziołolecznictwo i homeopatia i urynoterapia nadają się  do skombinowania ze sobą wzajemnie.Homeopatia jest najdelikatniejsza i przy kombinowaniu jej z innym metodami,trzeba bardzo,ale to bardzo uważać,gdyż jej subtelna natura może ucierpieć a lek homeo-nie zadziałać.Urynoterapia z kolei wspiera każdą inną terapię naturalną,ponieważ w swojej  dynamizacji osiąga najgłębsze odmaterializowane poziomy-„mówiąc żartobliwie-sięga tam,gdzie wzrok nie sięga”.

Jak to się ma do farmaceutyków?Mocz im nie szkodzi,najwyżej pomoże wyprowadzić toksyny z organizmu.

Poprzez szerokie spektrum działania terapia moczem jest dostępna każdemu człowiekowi i zwierzęciu,na zasadzie autonozody dostępna zawsze i wszędzie,jest też urynoterapia dobrą stymulacją układu immunologicznego -troszczy się o właściwą,niespecyficzną obronę a przy infekcji-o to,aby jak najlepiej tę obronę dopasować,w końcu to też dobra profilaktyka…..ale o ile przyjemniejsze są ziółka i dobre jedzenie……:-)

Aby uściślić:autonozoda,to właściwy ciału produkt przemiany materii-również produkt choroby (np.ropa),który w przygotowanej formie (homeopatyczne potencjonowanie) jest dostarczany ciału ponownie w celu wyzdrowienia.

Jeżeli chodzi o urynę-w formie normalnej,wyjściowej:-) i tak mamy gotowy lek,gdyż ona już została spotencjonowana w ciele.

Po przedstawieniu tej,chyba najbardziej kontrowersyjnej metody medycyny naturalnej i jej związków z medycyną szkolną,która wprawdzie z niej (wypaczając) korzysta,ale ją (w pewnej części,gdyż jest coraz więcej,zresztą niesamowicie drogich leków,gdzie bazą wyjściową jest mocz,również zwierząt ) wyśmiewa,mogę zająć się metodami nie tak kontrowersyjnymi,za to też skutecznymi……:-)

A co do „wyśmiewa”-proszę zauważyć,że propaganda przemysłowa każe deprecjonować wyłącznie naturalne, bezpośrednie zastosowanie moczu przez każego człowieka-nawet nie próbuje podważać „osiągnięć” naukowców,którzy to samo opatrzą adjuvantami,zapakują w błyszczący kartonik i wystawią w pięknej,nowej aptece…..:-):-)

 Swoją drogą-znów trafiłam na piękną,starą aptekę hołdującą autentycznej wiedzy farmaceutycznej,gdzie pacjentowi opowiada się o leku i proponuje naturalny zamiennik-pani,która mi o tym opowiadała a co postanowiłam sprawdzić,dostała wspaniały roślinny wyciąg ( z żurawin) na zapalenie pęcherza-zamiast antybiotyku na receptę!Oczywiście pomogło,więc pozdrawiam Wszystkich,Wspaniałych Aptekarzy,dla których DOBRO pacjenta oznacza też Ich czyste sumienie i wykorzystanie potężnej wiedzy.

Lektura:jak poprzednio,plus

Dr U.Erwin Hasler „Eine eigene Apotheke ist in Dir”,1994 (własna apteka jest w tobie,wydanie szwajcarskie)

Dr G.Harnisch & C.Williams „Unerschopfliche Heilkraft aus der Apotheke ihres eigenes Korpers”(niewyczerpana siła lecznicza z apteki Twojego ciała)

Dr F.Peschek-Bohmer „Urin-Therapie:ein Tabu wird gebrochen” 1995 (urynoterapia-tabu zostało złamane)

G.Enderlein:”Bakterien-Cyklogenie.Prolegomena zu Untersuchungen uber Bau,geschlechtliche und ungeschlechtliche Fortpflanzung und Entwicklung der Bakterien”1925

Posted in homeopatia, zdrowie | Leave a Comment »

HPV.Szczepienia,czyli skąd ten pomysł.cz.9.Szczepienia a rak szyjki macicy.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 15, 2010

Twarze zmarłych młodych dziewczyn,zaszczepionych podobno PRZECIW wirusowi HPV (human papilloma,czyli brodawczaka ludzkiego),których foto znajduje się na stronie w w w .truthabouthgardasil.org.,widzę za każdym razem, kiedy słyszę uporczywe nawoływania do szczepień tychże.

Miało być tym razem króciutko i zwięźle,bo co tu pisać-tyle gazet na świecie drukowało już artykuły o skutkach szczepień HPV,tyle organizacji wystrzępiło klawiatury w proteście,nawet w szkołach medycznych w Korei  wiedzą,że najlepszą profilaktyką  przeciw nowotworom jest właściwe odżywianie,ruch i przede wszystkim,o czym było tu wielokrotnie-zdrowa psyche, tymczasem w Polsce obserwuję wokół tematu bańkę-ewentualnie ludzie podają sobie linki-i słusznie,też podam-do zachodnich wiadomości,ale żeby jakaś telewizja lub prasa zdecydowała się na solidny artykuł informacyjny o szczepieniu…nic mi o tym nie wiadomo.Tak,wiem,są „ważniejsze” wiadomości…np.relacja z wystawy,której tematem była pani rzucająca się od ściany do ściany-ach,już wiem-to był PERFORMANCE!Chętnie dowiedziałabym się,czy owa pani brała wcześniej jakieś substancje psychoaktywne albo może oglądała za długo TV,ale niestety,nie to chciał wiedzieć dziennikarz…..On chciał wiedzieć,co pani „chciała wyrazić”.Może być,że nie znam się na sztuce,ale jeżeli TO jest sztuka,to taniej wyszłoby pójść wieczorem na Pragę Północ -tam wielu rzuca się od ściany do ściany i aż dziw,że nikt nie chce ich zasponsorować-przecież to są prawdziwi Artyści!

Miało być o HPV….

Muszę zacząć od krótkiego przypomnienia,o czym pisałam w cyklu wcześniej,ponieważ mam nadzieję utrwalić w Czytelnikach pojęcie silnego,samoregulującego systemu immunologicznego.

Pamiętają Państwo jeszcze,jak ksiądz Kneipp poradził sobie z gruźlicą BEZ antybiotyków i chemii?A przecież w mniemaniu wspłczesnej medycyny jest to niemożliwe-tuberculosa to antybiotyki i już!

Pamiętają Państwo,jak dr Pettenkofer efektami swojej działalności obalił teorie Kocha,jak wypił szklaneczkę z zarazkami cholery i….miał tylko lekką biegunkę?Nie rozchorował się,nie umarł.A według Kocha-musiał się cholerze :-)poddać!Wiedzą Państwo co?To dobrze,że Koch prowadził badania(mniej dobrze,że w TAKI sposób)-mamy pogląd na powstanie wielu zabawnych teorii, ale te teorie są dlatego zabawne,że z badań Kocha wysnuto (on sam też to uczynił) kompletnie błędne wnioski.Całkiem niezabawne jest zaś,że na takich podstawach rodzi się cierpienie milionów już ludzi i zwierząt.

Pamiętają Państwo zapewne,że nie przy wszystkich chorobach Pasteur odkrył bakterie i że to,co nie pasowało mu na bakterie,nazwał wirusami,co wykorzystał P.Ehrlich-jeden z ojców chemioterapii-mówiąc o „chemicznym celowaniu w wirusy i bakterie”.Cel-pal.Ehrlich raczył nie zauważyć faktu strzelania do przyjaciół,ale jego kariera niewątpliwie nabrała tempa.

Mówiłam sporo o bakteriach,o tym,że bez odpowiedniego podłoża są-ot,są po prostu,że tylko,kiedy ciało zostało do tego przygotowane(słabość,przemoczenie,nerwy,ciągły strach,złe odżywianie,zranienie),sprowadzane są w dane miejsca do wywołania zapalenia,są więc zapalnymi strukturami immunologicznymi pomocnymi przy spaleniu chorych,nadszarpniętych,słabych komórek.Bakteriom WOLNO to zrobić,kiedy system na to pozwala.One są częścią układu odpornościowego i tak samo,jak reszta struktur immunologicznych,mają jeden cel:

zachowanie autonomii i integralności indywiduum.Przedstawiałam to w schemacie:uszkodzenie-mechanizm naprawczy-POTEM tzw.”zarazek”-zapalenie.Czy one przypadkiem nie aktywują też systemu obronnego?:-)

Zapobieganie pracy systemu naprawczego przez uniemożliwienie zapalenia,to nic innego,jak SABOTAż na własnych strukturach immunologicznych.Co mają do tego wirusy?

Wirusy-w skrócie-genetyczna transza informacyjna,można rzec-mobilne geny.Wspominałam dra Lankę,który bardzo trafnie określił je m.in.jako „stworzone do tego,by ciało w ciągu paru godzin przystosowało się do genetycznie do gwałtownych zmian w otoczeniu”-a więc zmian wytrącających ciało ze stanu równowagi.Z ich pomocą organizm może kierować specjalnym programem symptomowym i reagować w nowej sytuacji.

Z ich pomocą (wirusów)organizm przekazuje strategicznie ważne informacje do innych komórek ciała.

Z ich pomocą jest w stanie sterować wysokokompleksowym procesem jako konceptem całościowym.

To,w jaki sposób wirusy przekazują informacje i jakie są tego wyniki,to cała wirologistyka:-)

W całej tej wirusowej histerii nie mówi się ani o pozytywnych stronach wirusów ani o podziale ich o ról,o tym,że mogą egzystować spokojnie i NICZEGO złego nie spowodować całe życie,że mogą również odpowiadać za np.dobry nastrój  co coraz częściej się przebąkuje:-)-mówi się prawie (pomijając nieliczne wyjątki) wyłącznie o nich jako o „żołnierzach wroga”.

Lekarz,uzdrowiciel,naturoterapeuta,wreszcie sam pacjent ,którzy powinni PROWADZIC proces zapalny pomagając wzmocnić ciało,zwykle zwalczają tenże proces.Tak,rozumiem niektóre metody w przypadkach nagłych,ale nagłe to ledwie parę procent,z których dodatkowo też wiele dałoby się leczyć środkami naturalnymi-gdyby były w apteczce.

Czy w tym obrazie dziwi,że „wyleczony” człowiek choruje ponownie…i ponownie…..i ponownie….?

Według Chińczyków „doskonały lekarz to ten,który zapobiega,zwyczajny-to ten,który potrafi wyleczyć,ten zaś,który chrobę tylko leczy-to żaden lekarz”.

Mówiłam o podstawowym błędzie wakcynologii -pojmowaniu zarazków jako źródła choroby,który to,odsłoniony, podważa całą szczepionkową filozofię.

Mikroby są symbiontami-medycyna to wie,więc dlaczego wakcynologia….dlaczego farmakologia…….

Idea szczepień rozwinęła się z terapeutycznego działania nozody-pojęcia używanego w homeopatii:-)(z gr.nosos-choroba,homeopatycznie przygotowany środek terapeutyczny,wytwarzany też z organizmów chorych. Autorstwo pojęcia w aktualnym ujęciu przypisuje się Constantinowi Heringowi,1830):z limfy,z pęcherza z krowiej ospy powstał pierwszy materiał…brzmi rozsądnie?ALE szczepi się zdrowych,nieprawdaż?

Sztuczna infekcja zdrowego człowieka obcymi produktami choroby w osłabionej formie miałaby wzmocnić obronę przeciwko chorobie???

No dobrze,powiedzmy,że chociaż częściowo ktoś miałby tu rację,ALE w interesie informatycznej zasady samoutrzymania organizmu jest,że wspomniana w rodziale 11. o homeopatii „śruba” przemiany materii reaguje bardzo wrażliwie na wszystko,co z zewnątrz-to system szlabanów przemiany materii.

Każdy materiał obcy musi być możliwie dokładnie dopasowany,aby przez nie przejść.Zasada nozody pomaga tylko wtedy,kiedy nozoda (lub to,co chce się włączyć do równowartościowego obiegu),spełnia ten warunek.

Tak pojęcie choroby,jak i nozody w terminologii medycyny szkolnej nie jest tym samym,co w homeopatii.Proszę zwrócić uwagę, że diagnoza przy szczepieniach jest kompletnie pomijana-po prostu „się szczepi”.Czy dlatego,że infekuje się zdrowych ludzi i powiedzenie tego głośno byłoby nietaktem?

Szczepionki są standaryzowane i dla standaryzowanych pacjentów-ba-dla całych populacji.

Ale najgorsze,że parenteralna aplikacja szczepionek jest obejściem naturalnych dróg trawienia-omija śrubę przemiany materii.

Tymczasem zachowanie kolejności MUSI być respektowane dla wsparcia informatywnej kompatybilności.

Wszystko,co pobrane,MUSI zmierzać naturalną drogą-i biorący organizm z jednej strony i lek lub pożywienie z drugiej muszą zawierać informację ustaloną EWOLUCYJNIE,więc przez naturę,dla właściwej przemiany.

Wszystkie pożywienie i leki MUSZą być pobrane i transportowane przez organy resorbcji do tego stworzone-jeżeli oczywiście nie są uszkodzone lub całkiem wyłączone z funkcji.

Lekceważenie systemu zapór przemiany materii jest jądrem problematyki szczepień,prowadzącym do sztucznych chorób (np.BSE)

Zakłócenie a nawet uszkodzenie informatywnej kompatybilności pierwszego stopnia prowadzi do tego,że trawiący organizm nie otrzymuje potrzebnej do przerobienia informacji,co powoduje dalsze blokady.

Ale szczepionka,to uszkodzenie informatycznej kompatybilności drugiego rodzaju-to obejście szlabanów-ona przechodzi OBOK miejsc kontrolnych wprost do miejsc,które NIE są przygotowane na niesprawdzone w organizmie substancje.Na skutek tego „śruba” traci nić informacyjną i chwieje się wraz z całym systemem immunologicznym.

Pierwszy szlaban-bariera skóry-jest w medycynie koszmarnie lekceważony.A przecież medycyna szkolna zna jego funkcję…..i permanentnie ją olewa.

Przerywając pracowicie tkaną sieć instancji kontrolnych nadgryzamy system obronny.

Zapobieganie chorobom tzw.wirusowym,bakteryjnym,przez szczepienia zdrowych nie ma nic wspólnego z medycyną ratunkową,w której użycie igły i przerwanie bariery ochronnej organizmu jest „od biedy” uzasadnione.

Samo założenie działań ubocznych przy stosowaniu szczepionek wygląda mocno nieetycznie.Przecież mają tylko CHRONIC!

Medycyna szkolna wyszukała sobie metody sprzeczne z poglądami Hipokratesa,którego ciągle niesie na sztandarach.

Każda choroba ma sens.

Choroba kończy się,kiedy jej sens jest wypełniony.

Dzieci,którym pozwolono przechorować dziecięce choroby,otrzymują świetną tarczę odpornościową do wejścia w dorosłość.Choroby dziecięce to nieodłączna część procesu osobistego dojrzewania.Medycyna szkolna to dojrzewanie dusi.

Zapobieganie jest,było i pozostanie indywidualnym celem-jest proste do osiągnięcia higieną i metodami naturalnymi.

Dlaczego dysleksję,hiperaktywność i in.zalicza się do „zaburzeń rozwoju”?

Dlaczego jednocześnie nie mówi się oficjalnie NIC o tym,że od 1992 roku trwa w kołach naukowych ogromny spór dotyczący uznania wirusów HPV jako powodu raka szyjki macicy?

Dlaczego nie mówiło się o zorganizowanym w marcu (03.03.2009) proteście studentów medycyny na Harvardzie, proteście przeciwko wpływowi przemysłu farmaceutycznego na  szkołę? 

Do internetu i niektórych gazet,dzięki odwadze dziennikarzy i naukowców przeciekły informacje o efektach szczepionek na HPV,o działaniach ubocznych.  

Do dziś medycyna kochająco podobno „twarde dowody” nie wykazała żadnego związku między przyczyną raka szyjki macicy a wirusami HP.Proszę zapytać na National Cancer Institut w USA-przyznają to oficjalnie.

ALE przyznają też,że przyjmowanie pigułek antykoncepcyjnych,ilość porodów,zaburzenia genetyczne,palenie czy NABYTA słabość immunologiczna są czynnikami odgrywającymi dużą rolę w tegoż raka powstawaniu.

Jedną z podstawowych zasad medycyny szkolnej jest „ratowanie”,więc i „przedłużanie życia”-w razie ryzyka zwycięża oczywiście zasada przedłużenia życia nad zdrowiem (!)-wybór tzw.mniejszego ryzyka.Jak to się ma do zgonów po szczepieniach?

w w w .abc.net.au/news.schoolgirls,14,dies after Cervarix cervical cancer vaccine injection (news.com.au)

I nie był to przypadek z „truth about Gardasil”!

Oficjalne dane podają rocznie 446 000 przypadków raka szyjki macicy,z czego 232 000 kobiet miałoby przez to umrzeć.

80% podanych przypadków pochodzi z krajów trzeciego świata.

W Niemczech rocznie 8 000 przypadków,z czego 80 % SPONTANICZNIE (a więc BEZ interwencji służby zdrowia ) wyleczonych.

ALE :50% tego typu raka  występuje u kobiet,które się regularnie badają.(Arzte Woche24.02.2002)

Szczepionki na HPV???Istnieje ok.118 opisanych podtypów wirusa HPV!

NIEKTóRE z nich mogą pomóc-i owszem-w pewnych okolicznościach wywołać stany przedrakowe szyjki macicy,z których może-ale nie musi-rozwinąć się rak.

W ponad 90-a niektórzy podają nawet,że w 98% zaburzenia z udziałem HPV przebiegają łagodnie i bezobjawowo,nie przekształcając się w formy destrukcyjne.

13 miesięcy po udzieleniu licencji szczepionce na HPV w Stanach FDA zostało dosłownie zasypane „katalogami horroru”  (Judicial Watch)-raportami dotyczącymi komplikacji poszczepiennych.

Prof D.M.Harper,m.in.dyrektorka Gynecologic Prevention Research Group,Norris Cotton Cancer Center,Dartmouth Medical School w New Hampshire,niekwestionowany autorytet (!:-)) w badaniach nad HPV,powiedziała:

„podanie tej (HPV) szczepionki jedenastolatkom to wielki,publiczny,zdrowotny eksperyment”.W tym samym centrum można się dowiedzieć,że „wirus HPV nie prowadzi do dysplazji (zaburzenia rozrostu nabłonka,stanu przedrakowego )i że to „odżywczy status pacjenta odgrywa rolę w karcynogenezie”(powstawaniu nowotworu).

Mówiłam o zaburzeniach w systemie immunologicznym powodowanym przez przerwanie naturalnej drogi przemiany np.obcymi substancjami.Materiał szczepionkowy (HPV) jest wytwarzany drogą genetycznej technologii-wirusy hodowane są w bakteriach lub drożdżach,wprowadzone m.in. do komórek insektów.Adjuvantem jest m.in.,znany już, aluminiumhydroxid.

NIKT nie jest w stanie powiedzieć,jakie działanie na ludzi zaszczepionych ani na ich dzieci i przyszłe pokolenia będzie miał materiał obcy genowo.

Lektura:jak poprzednio,plus

„The Materia Medica of the Nosodes”-dr R.Seror

„Vaccination:Erreur medicale du siecle” dr Louis Brower

Arzte Magazin (26.)2003,

Arzte Woche 24.04.2002

w w w .focus de 05.05.2010,-polecam(niestety) artykuł o dwulatce z Brisbane,która zmarła 12 godzin po podaniu szczepionki zalecanej przez WHO -oczywiście „badane są związki między zgonem a szczepionką”.A-szczepienia były bezpłatne…..

w w w .truthaboutgardasil.org.

w w w.ahrp.org.(Alliance for Human Research Protection)

Posted in szczepienia, zdrowie | Leave a Comment »

Homeopatia nie dla wszystkich.cz.11.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 13, 2010

„Wszystkie drogi prawdy prowadzą do środka,do wewnątrz,do jądra naszego jestestwa….” ewangelia św.Tomasza, z apokryfów odkrytych w 1945 koło Nag Hammadi, J.Doresse,Paris 1959,wymienionych po raz pierwszy oficjalnie przez prof.Cullmanna z paryskiej Sorbony.

To,co uznała (i niestety,czego często nadużywa) dzisiejsza psychologia,a więc istnienie psychiczności w takim samym stopniu,jak fizyczności,wiedzieli od wieków gnostycy.I nie tylko oni.

W wielu starych kulturach za normalne uznaje się funkcjonowanie trzech rzeczywistości:

fizycznej

mentalnej

duchowej,traktowanej jednocześnie jako aspekt boskości.Mało tego-rzeczywistości owe są punktem wyjścia do postrzegania kolejnych warstw jestestwa.

Człowieka nie określa się tam,jak to sobie wyobraża psychologia,piramidą,której szczytem jest „JA” a fundamentem „Nieświadomość”,ale postrzega jego strukturę w tetragonalnej podwójnej piramidzie,której obie połówki-jedna widoczna,druga nie-dotykają się w podstawie.Otrzymujemy wtedy taki sam obraz,jaki otrzymamy łącząc cztery końce przez linie w chrześcijańskim krzyżu:tak otrzymana piramida(no tak,znowu te piramidy:-) jest obrazem wnętrza człowieka.

Psychologia nie widzi duchowej piramidy wnętrza człowieka,gdyż leżąca przed nią warstwa psychiczna -przedmiot psychologii-skutecznie ją zasłania.Tam,gdzie psycholodzy widzą nieprzekraczalne granice,tam zaczyna się najgłębszy sens i istota człowieka-w jego sferze duchowej.Człowiek nie widzi przecież siebie,boga,ani świata od zewnątrz,z peryferii,ale postrzega wszystko od swego najwewnętrzniejszego punktu.

TAM,w środku,jest nasze poznanie,jest,niezależnie od religii,niezależnie od wszystkich kreujących się na wodzów czy guru,stamtąd dostrzeżemy sedno,Boga,iskrę…w drugim człowieku,w zwierzęciu,w roślinie.Tam dostrzeżemy,że jesteśmy silnym,otwartym systemem.

Patrzmy więc…

Zatrzymaliśmy się nad informacjami,dyspozycją i szkicem patologicznej przemiany materii,w którym brak informacji lub jej niewłaściwe użycie powoduje zakłócenia w przemianie,blokady itd.

Komponenty kataboliczne prowadzone są w dół,teoretycznie do dematerializowania i to przebiega quasi ad infinitum (w nieskończoność) – nie możemy przecież przyjąć,żeby na poziomie molekuł lub atomu ten proces był zakończony, nawet,jeżeli na wielu międzystopniach metabolity przerastają fazę anaboliczną (p.podręcznik fozjologii).

Molekuły i atomy-produkty różnych stadiów wertykalnych procesów występują jako pojedyncze stopnie,ale na pewno nie jako ostatnie.(potencjonowanie w homeopatii)

Anaboliczne komponenty biegną w odwrotnym kierunku,do góry,w sensie rematerializacji do coraz wyższych systemów.

Informatyczna sieć organizmu posiada więc informacje o wszystkim w naturze,potrzebne do obchodzenia się z innymi systemami.

Skąd więc błędne informacje? 

Wróćmy do warstwowości natury.

Warstwowość-tu:wielozłożoność informacji-za każdym konturem,(przypomnijmy sobie kontur kwiatu,liścia pod mikroskopem) kryje się potencjalna informacja zamknięta w systemie-NIEWIDZIALNA Z ZEWNąTRZ.

Na zewnątrz tylko kontur wyświetla aktualną informację.

Jaki w tym sens?

Hierarchiczna redukcja informacji.

Wielu z Państwa pomyśli pewnie teraz o mistykach i będzie miało rację.

Gdyby człowiekowi znane były wszystkie informacje,w dodatku od razu-niczego by już nie poznał a tym samym nie posortował swoich wrażeń.To samo dotyczy komórek.

Mistycy o tym wiedzieli.Ta zasada redukcji jest warunkiem do czasoprzestrzennego poznania-ona tworzy pojmowanie po obu stronach.

Zamknięcie informacji następuje przy tworzeniu systemów-np.wyrazem tego jest ontogenetyczne różnicowanie przy wzroście embrionu.

Przemijanie systemów to rozwiązanie.

Ma to miejsce w katabolicznej gałęzi:wydalanie,to rozwiązywanie informacji zawartej w systemie.

Proces zmian między otwarciem a pozyskaniem informacji wśrubowuje się niejako przez warstwy.

Przemiana materii istnieje w postępującym cyklu spożytkowania-stopień na stopień,w kontynuowanej grze zmian między opracowywaniem struktury a przepracowywaniem informacji:to przypomina splecioną śrubę (starałam się o najprostsze porównanie,aczkolwiek nie jest ono technicznie doskonałe:-)) i z takim pojmowaniem istoty przemiany materii można spotkać się we fragmencie zachodniej medycyny usiłującej otworzyć się na holistyczne podejście do Człowieka coraz częściej.

Konstrukcja śruby przemiany materii?

-część kataboliczna-między rozwiązaniem materiału i informacji,z góry do dołu:-),od materialności do duchowości

-część anaboliczna-między połączeniem (zamknięciem) materiału i informacji z dołu do góry,od duchowości do materialności

Wzajemnie przenikanie,zjednoczenie do nowej istoty-to też pochodzi z medycyny Wschodu,więc nie rozumiem, dlaczego Zachód,korzystający z dóbr „Obcych” obficie,ma tak potężny problem z zaakceptowaniem prostej istoty przemiany materii,wynikającej wszak z obserwacji.

Zadna istota nie jest „zrobiona” statycznie,nie jest też zorientowana statycznie,jest-jak się wydaje:-)-wiecznie ” w stanie przebudowy”.

„Gatunek”…species… to nic innego,jak „pasowanie do siebie”.J.Ray(1628-1705)-„grupa osobników podobnych do siebie”.Ale do dziś naukowcy nie potrafią sformułować uniwersalnej definicj gatunku:-)

„Pasujący do siebie”-to oznacza,gatunek może przenosić-na przykład w znanym nam z grubsza zakresie genetycznym (na przykład, ponieważ nie wiemy,czy to jedyna droga)- ustalone przez miliony lat informacje.

Samego prawa,zasad,jak to się stało,pewnie się nie dowiemy,ale TO JEST i DZIAŁA.

Ktoś spyta:”No fajnie,ale jaka instancja zawiaduje tą śrubą?”Ktoś inny odpowie:”Technicznie biorąc to człowiek”.

Technicznie….

System immunologiczny wysyła właściwą lub niewłaściwą informację (znamy choroby,kiedy system odpornościowy zwraca się przeciwko sobie-to przykład niewłaściwej informacji widziany w ujęciu powszechnym).

Jeżeli informacja jest dobra,produkty przemiany materii będą „biec” przez wszystkie stopnie po kolei,i zostaną wyprowadzone w odpowiednim momencie-organizm będzie w równowadze,zdrowiu.

Jeżeli informacja będzie zła-produkty nie osiągną kolejnych stopni,ale gdzieś po drodze utkną w formie złogów,po czym doprowadzą do blokady na którymś etapie,więc choroby-znów kłania się teoria chińska,meridiany i akupunktura.

Mamy tu do czynienia z wysoko wyspecjalizowanym systemem stopni decyzji,ze „szlabanami” przemiany materii:albo przepuszczą albo nie:-)

W medycynie szkolnej rozpoznaje się takie systemy stopni,aczkolwiek niewiele(krew-mózg,epithel-szlaban,placenta-szlaban).

A cóż to mamy w nerkach przy filtracji krwi?….:-)

System szlabanów przemiany materii będący szkieletem śruby przemiany,przez dalsze przerabianie produktów określa CEL:jak utrzymać strukturę i funkcje organizmu.

Informacja właściwie dobyta z metabolitów,którą organizm rozumie,na każdym miejscu musi być informatywnie kompatybilna,co widzimy w procesach ewolucji.

Wszystkie pobrane substancje muszą zawierać ustaloną przez ewolucję między wszystkimi partnerami przemiany materii informację dla właściwej przemiany-uszkodzenie,zerwanie tego warunku,prowadzi do informatywnej niekompatybilności pierwszego rodzaju.

JAK WAżNE JEST WIęC TO,CO JEMY?

Wszystkie materiały są pobierane przez przeznaczone do tego organy (skóra,gardło..)-niedotrzymanie,zranienie tego porządku prowadzi do informatywnej niekompatybilności drugiego rodzaju.

JAK WAżNY JEST STAN RóWNOWAGI NASZEGO ORGANIZMU?

Ale:jeżeli wyszukiwanie materiałów i pobieranie ich pozostawimy organizmowi-zakładając,że nie jest zaburzony,jego instynktowi,to te warunki są spełniane same z siebie.

Niestety,medycyna szkolna nie szanuje tej oczywistości tworząc nowe,sztuczne choroby,wprowadzając obcymi drogami substancje obce.

To,czego medycyna szkolna jest już właściwie świadoma,to istnienie spektrum symptomów cielesnych I duchowych.

Ale to,co widzi,to części Człowieka,nie -jego samego i nie – powód choroby.

Człowiek jest tymczasem ciągle zmieniającym się efektem wciąż tworzących się na nowo procesów.

Tylko z zewnątrz wygląda w miarę statycznie:-).

A tu taka kruchość…wewnętrza dezorganizacja zakłóca procesy tworzące jego strukturę a to prowadzi w prostej linii do chaosu.

Ciało…10 bilionów….kto to wie dokładnie:-)komórek….w każdej sekundzie 10 milionów jest wymieniane….Proszę Państwa,Wasz uśmiech,Wasz dobry humor,ciepło,które otrzymujecie i które dajecie,jest niesamowicie ważnym elementem Waszego zdrowia i nigdy nie macie go ZBYT wiele.

Miliardy synaps…jak to przy takim ruchu funkcjonuje?Kto to organizuje?

Tak wygląda samoorganizacja natury.Wszechświata.

Napęd leży w duchowo-wertykalnym prądzie informacyjnym.Każda istota to system zasad,na każdą wpływ zewnętrzny odpowiada w sensie swojej funkcji,do której-w pierwszym rzędzie należy zasada przetrwania.Według tego porządku wyrażają się wszystkie systemy regulacyjne.

Spełnienie jego funkcji równa się zdrowiu:system regulacji jest w dynamicznej równowadze zwanej homeostazą.

Jego zewnętrzny wyraz?Długie doświadczenie zdrowego wyglądu,”symptomy” zdrowia (normalna temperatura,barwa skóry,którą nam podarowała natura a odymiło słońce:-).Nawet,jeżeli to doświadczenie usiłują przerwać wpływy zewnętrzne,to system próbuje to natychmiast regulować w obrębie homeostazy…dopóki ma siłę.

Duże obciążenia wymagają dużych napięć.

Wedle miejsca i siły blokad powstają tzw.regulacje środowiskowe-dysregulacje.Takie zmienione zachowanie się reguł prowadzi do funkcjonalnych i strukturalnych „nowych” reguł (niestety,muszę powtórzyć),jak krwawienia, gorączka,wyrzuty skórne,więc….choroby. 

Symptomy choroby jako części składowe struktury ciała nie są czymś od ciała różnym,ale zintegrowanymi częściami składowymi struktury ogólnej.To czasowe zmiany stworzone przez zmienione regulatywnie procesy struktury ciała.

Zewnętrze jest odbiciem wewnętrznych procesów regulacji.

Choroba jest uzdrowieniem-to znaki wytężonego,regulatywnego leczenia.

Medycyna szkolna zbudowała „drapacz chmur” teorii na całkowitym rozdzieleniu zdrowia i choroby,w dodatku rozdzielając jedno i drugie od Człowieka.Podniosła zależne atrybuty działania do niezależnych jakości bytu.

Wedłlug niej,Człowiek chory,to jak napadnięty przez zbójów-trzeba ich pogonić,odizolować,zabić.To największa rozpadlina terapeutyczna między chorobą a Człowiekiem.To potraktowanie zewnętrznego obrazu jako istoty rzeczy.

A choroba,to przyczyny (błędne informacje) ,blokady i odpowiednie wobec nich regulacje organizmu,którym pomóc można wzmacniając go,nie- osłabiając.

Medico curat,natura sanat (medyk leczy,natura uzdrawia)…

Homeopatyczna anamneza-czyli przynajmniej godzina rozmowy,przynajmniej 100 różnych pytań,odpowiedzi określające cielesne i duchowe symptomy,ich modalności-czas,miejsce,pogodę (na co również zwraca uwagę medycyna chińska i ayurveda)-daje wiedzę o chorobie i człowieku bez teorii i hipotez.Podobnie rzetelnie winna być przeprowadzona anamneza u fitoterapeuty,gdyż w ten sposób dobrane zioła będą optymalnym wzmacniaczem organizmu.Proszę Państwa-nawet z ogromnym doświadczeniem w pracy medyka,nie macie żadnego doświadczenia odnoszącego się do Człowieka,którego widzicie pierwszy raz i żaden papierek nie potwierdzi Waszej wiedzy w  Jego przypadku.Ta praca też jest wiecznym stawaniem się,wieczną nauką i tworzeniem DOBRA.

To wiedział Paracelsus,wiedział Hipokrates,wiedział Avicenna….

Hipokrates był wtajemniczonym,kapłanem i mędrcem zarazem-to on wyprowadził wiedzę o uzdrawianiu ze świątyń,uwolnił ją od niedostępności dla zwykłego śmiertelnika-zaczął leczyć poza mrokami ołtarzy materiałami wziętymi z przyrody.Faktem jest jednak,że w zamierzchłych czasach rzeczywiście kapłani potrafili leczyć ciało fizyczne oddziaływując na sferę ducha-to stało się wraz z rozwojem cywilizacji coraz trudniejsze,ponieważ ciało fizyczne zaczęło brać górę nad pozostałymi,przede wszystkim-ponad duchem,za co też wciąż płaci. 

Zatrzymując się przy homeopatycznej anamnezie poruszę potencjonowanie-w jego zasadzie wyraża się to,co w katabolicznej gałęzi śruby przemiany materii.Potencjonowanie polega na postępującym rozcieńczaniu (muszę użyć tego słowa,choć nie jest najwłaściwsze)koncentratu pranalewki-eliksiru wyjściowego,w mieszance z wodą,alkoholem lub cukrem mlecznym.Dlaczego cukrem mlecznym?Bo jest świetnym nośnikiem.

Proszę sobie przypomnieć też o chemicznej działalności w trakcie rozcieńczania,weźmy rozpuszczanie kwasu w wodzie(„pamiętaj chemiku młody,zawsze lej kwas DO wody,jeżli nie chcesz ambulansu,nigdy nie lej wody do kwasu”:-) )  , którego siła rośnie wraz z rosnącym rozcieńczaniem z powodu podwyższonej dysocjacji (tutaj,materialnie,do pewnego stopnia).O prawie rozcieńczeń Ostwalda.

Ludzie nie znający powyższych zasad (to akurat nie grzech:-),ALE jednocześnie negujący homeopatię,mówią:potencja C30(normalna,średnia) to więcej niż kropla rozcieńczona w morzu (wybrałam ulubiony argument przeciwników homeo,już tu wspominany a używany przez nich do znudzenia).TAK.Takie traktowanie roztworu nie miałoby działania terapeutycznego.Powtórzę-tzw teraźniejsza koncentracja leży w porządku wielkości od 1 do 10 do dziesiątej, czyli w takim rozcieńczeniu,są praktycznie   wszystkie znane chemiczne elementy nawet w czystej H2O a to teoretycznie nie ma terapeutycznego działania,że nie wspomnę o warunku konceptu molekularnego Loschmidta, wg którego przy rozcieńczeniu większym od D23 nie można liczyć się z obecnością żadnej molekuły leku.To oczywista wymówka nie znających zasady potencjonowania,zasady warstwowości.

A jednak działa.

A dlaczego?

Informatyczne powiązania przemiany materii-tak działa każdy lek i każda żywność-NIC nie jest przecież rozcieńczone JEDNYM krokiem,ale wszystko odpowiednio do warstwy,rozcieńcza się w wiele cząstek.

Organizm zaś to też nie zwykły zbiór cząstek elementarnych,ale następstwo dyskretnych,pojedynczych kroków.

Różnice pomiędzy warstwami to „więcej”-to duchowa informacja.

Każda przemiana materii funkcjonuje w stopniowym rozpuszczaniu nawarstwionej informacji,jak „śruba”.

Przy każdym kroku uwalniana jest informacja wykorzystywana do kroku następnego.

Homeopata,potencjonując lek, naśladuje śrubę przemiany materii.

I rozpuszczanie żywności i rozpuszczanie leku hom.leżą w tej samej zasadzie pozyskania informacji.

Wiemy,że choroba występuje,kiedy „śruba” ze względu na błędną lub brak informacji,staje.Jeżeli,np.mamy za dużo materiału lub,przeciwnie-niedobór-enzymów,witamin,tlenu….

Znając powód choroby-zakłócenia w przepływie informacji -i sięgając po potencjonowany lek,powodujemy -przez pobranie właściwej informacji-uruchomienie i kontynuowanie własnych procesów potencjonowania. 

To duchowo-jakościowe spojrzenie.W medycynie szkolnej obowiązuje materialno-ilościowe.Trzeba sobie odpowiedzieć,czy nauka ma zostać na katedrze,czy funkcjonować przy chorym?Alopatia zawsze czuje się niepewnie,gdyż wszystko opiera na materialno-ilościowej zasadzie,której błędy doskwierają jej coraz bardziej.

Zasada podobieństw wynika z tego,że możemy naśladować każdy patologiczny proces przez podanie odpowiedniego środka.W homeopatycznych testach człowiek dostaje środek toksyczny (lub nietoksyczny),ale w ilości,która nie szkodzi organom,po czym rejestruje się symptomy.Z ponad 1000 opisów wyłania się wybór niezawodnych symptomów -bywa,że jest ich kilkaset-i dopiero wtedy wpisuje się efekt do materia medica.

Im mniej symptomów,tym niepewniejsza jest korelacja.Z tak małą liczbą symptomów,przy jakiej szkolna medycyna wystawia diagnozy,jakiekolwiek leczenie w homeopatii byłoby niemożliwe.

To nie „nienaukowość” jest problemem,ale sama nauka go tworzy.Ignorując następstwo leczenia-JAK można leczyć?

Jak nauka,błądząca od jednej podważalnej hipotezy do drugiej,może tworzyć rzeczywistość?

„Standardy medyczne”,Evidence Based Medicine….pomyślane dla standaryzowanych ludzi.ALE NIE ISTNIEJE CZŁOWIEK STANDARYZOWANY.Na szczęście,jeszcze nie istnieje.

Znając nieco duszy,charakteru,przyzwyczajeń,warunków życia-możemy sięgnąć do korzeni zaburzeń.Nie tylko stosując homeopatię,ale wiele innych metod naturalnych.

W medycynie szkolnej to wszystko,co ważne dla naturalnej,pozostaje nieważne.Ona jest ograniczona do ogólnych, biologicznych cech gatunku „człowiek”-gatunku,którego sama nie jest w stanie zdefiniować ściśle.

W tym miejscu wyłazi słabość testów w medycynie alopatycznej,jak podwójnie randomizowanej,ślepej próby-jak można je oceniać,nie biorąc pod uwagę indywidualności i dlaczego setki „doświadczalnych królików” nie dowie się PRZED,że zostaną potraktowani jako STANDARD.

Podwójne ślepe próby medycyny szkolnej wydają się nie służyć niczemu prócz udowadniania stworzonych przez siebie hipotez.Ale przecież pieniążki przeznaczone na te badania muszą gdzieś trafić……:-)

Lektury:jak poprzednio,plus:

 „The Wisdom of God” J.Ray

„Internationale Homoopathische Presse”,v.Clotor,Muller v.Leipzig,Schwabe 1872

Posted in homeopatia, zdrowie | 4 Komentarze »

Borelioza-czym jest naprawdę?cz.7.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 11, 2010

W latach osiemdziesiątych prof.Giuseppe Barthelini,udzielając wywiadu dla L’Express,powiedział:

„Nikt nie zna przyczyn,które powodują starzenie się mózgu(…).Niemniej jednak przeprowadzamy doświadczenia ze środkami o olbrzymich możliwościach leczniczych,środkami,które dodatnio wpływają na tegoż organu czynności i usuwają pewne symptomy starości.”Prof.Tisseyre nie pozostawał w tyle:”Wkraczamy w zupełnie nową erę.Szykuje się przewrót,który za 5-6 lat wyda się nam banalny.Według badań przeprowadzonych na polecenie ONZ przez służbę zdrowia w USA,uważa się,że w 1990 będzie normalne,iż w krajach rozwiniętych każdy człowiek będzie rano zażywać tabletkę naprawczą,która pozwoli zwalczyć cierpienia związane z wiekiem.I to będzie czymś naturalnym”.

Abstrahując od apetytów obu profesorów (każdy człowiek brałby rano tabletkę-YES,YES,YES;-)popatrzmy:parę lat minęło.Zioła trzymają się mocno mimo nagonek,prześladowań i nieustannych prób zawłaszczania ich przez przemysł a leku na „cierpienia związane z wiekiem”(o które dotychczasowa polityka nieźle się zatroszczyła) jak medycyna szkolna nie miała,tak nie ma….Mało tego:choroby jakby się…rozmnożyły?A przynajmniej ich nazwy:-)

„Wróćmy do ziół”,jak mawiał O.Klimuszko. 

Troszkę słońca,troszkę deszczu i już wypełzły wredne kleszcze na żer.Wprawdzie nie sądzę,aby one coś o swojej wredocie wiedziały;-)-zwyczajnie-robią,co mają w naturze;-),ale to nie oznacza,że mamy spokojnie poddawać się ich działalności.Oczywiście bez strachu a tym bardziej histerii-pamiętajmy o zdolnościach kleszczy do wyczuwania subtelności w naszym ciele,jakimi są m.in.odczyn potu-strach też potrafi zmienić odczyn-zresztą-nie ma czego się bać, wystarczy czegoś się o ich zwyczajach i swoim organizmie nauczyć.

Ostatnio pisałam o szczeci jako świetnym naturalnym środku stosowanym w fitoterapii boreliozy.

To jedna z wielu,aczkolwiek bodaj najważniejsza roślina w tym przypadku.Ale żeby nie czuła się samotnie,przejdźmy do kolejnych metod oraz ziół.

O saunie wspominałam kilka razy,pamiętają Państwo,jak to jest z nielubianą przez borelie wysoką temperaturą i że o tym sposobie mogą myśleć osoby ze zdrowym krążeniem,sercem,uważać muszą też i epileptycy,gruźlicy,cukrzycy-chociaż bywają i tacy,którzy,choć nie bardzo powinni, korzystają z umiarem i sobie chwalą,więc powtórzę-decyzje podejmować po dokładnym rozpatrzeniu ZA i PRZECIW,indywidualnie,w razie wątpliwości dodatkowo oswajać się z sauną stopniowo,niech to będzie lepiej lekka,ciepła mgiełka aniżeli mielibyśmy żałować.Podobnie będzie z ciepłymi okładami borowinowymi na kark,które też m.in.przyśpieszają eliminację toksyn.Cóż,te metody były znane i stosowane ZANIM zaczęto używać chemii na masową skalę,więc niech mi nikt nie mówi,że jedyną drogą leczenia różnych chorób jest Jego Wysokość Lek Syntetyczny.

Co do terapii „przegrzewania”,inaczej zwanej sztuczną hipertermią,jeżeli ktoś miałby wątpliwości a jednak bardzo chciałby spróbować,jak zareaguje jego ciało,to może by tak sprawdzić na tzw.krótkiej półkąpieli,czyli zamiast całego ciała-zanurzamy się w połowie…gorąca (do 40 stopni Celsiusa) woda działa immunomodulacyjnie-prosto-stymuluje układ odpornościowy.Jeżeli jeszcze ta półkąpiel będzie z sianem,to przypomnimy sobie czasy,gdy tym właśnie leczono reumatyzm,tyfus,nowotwory….ważne:w całościowych kąpielach terapeutycznych głowa MUSI być nad powierzchnią wody.(w połowicznych tym bardziej:-):-)

Jak już jesteśmy przy wodzie-gorące źródła są świetne przy terapii boreliozy,oczywiście przy wyżej wymienionych warunkach.Łatwo powiedzieć?A jeżeli nie ma pieniążków na termy?A to nic,ponieważ…tu się może niektórzy uśmiechną (to dobrze),ale idzie ciepło,a z nim możliwości skorzystania z kąpieli…piaskowych.UWAGA-te kąpiele, suche kąpiele piaskowe nadają się również dla osób z problemami krążeniowymi,co widać np.w szwajcarskich klinikach i sanatoriach.Polegają one na podgrzaniu piasku do 60 stopni C.-zwracam uwagę,że w niektóre letnie dni piasek na plaży jest nieźle gorący:-)co oznacza,że możemy zasypać swoje nogi i ręce na 20 do 30 minut,będąc na plaży tropikalnej (to już taniej czasem do term:-),można zakopać się po szyję w piaseczku i działanie to samo,co w sztucznie podgrzanym.

Jeszcze krótko o tzw.suchej saunie- oznacza to temperatury od 60 do maksymalnie 90 stopni Celsiusa-nie jest jednakże tak efektywna w terapiach,jak mokra.

Nie mając możliwości skorzystania z sauny możemy okładać bolące stawy dobrze ciepłymi….gotowanymi ziemniakami(pod bawełnianą lub lnianą chustą).Jeżeli ani ziemniaki ani borowiny ani sauny nam nie pasują,to może tzw.fango-okłady ze szlamu pochodzenia wulkanicznego lub parafinowe,trwające ok.30 do 45 minut?

Jeżeli i to nie wchodzi w grę….zwykła poduszka wypełniona gorącym(w granicach rozsądku!),wilgotnym sianem owijająca stawy też pomaga…. 

A teraz o zielonym:-).

Nawiasem mówiąc…..przeglądałam przed chwilą ogromną „cegłę”,którą mi przywieziono z dość daleka,cegłę jedną z wielu a zawierającą nowe leki „biologiczne” (niech Państwa nie zmyli nazwa „biologiczne”-teraz nawet medycyna szkolna na Zachodzie każe się nazywać „biomedycyną”,tak bardzo dość mają dotychczasowej pacjenci,że ta musi się maskować:-)).Leki produkowane przez firmę z wieloletnią tradycją,szczycącą się TERAZ mianem przedsiębiorstwa bliskiego naturze i,w większości,produkującą leki „z natury”.Tak syntetyzowane,jak i pozyskiwane ze stanu żywego-nie,nie nazwę tego stanem naturalnym,gdyż chodzi o masowe uprawy.Przeglądam i przeglądam….leki dosłownie na wszystko.”Cóż w tym złego”?-mógłby ktoś zapytać-ano absolutnie nic-odpowiedziałabym….gdyby nie maleńki  szczegół:przy ogromnej większości substancji naturalnych był znaczek informujący o opatentowaniu tejże lub -ponieważ to taki rodzaj dokumentu-notka o zamiarze opatentowania owego.Wiadomo o tych praktykach nie od dzisiaj,ale ich intensywność przybrała ostatnio na sile.Próbuje się opatentować dosłownie wszystko,co ma jakąś wartość a jednocześnie obrzydza ludziom samoleczenie i pozyskiwanie leku roślinnego z jego naturalnego  środowiska,w którym co prawda,rosnąc,nie podlega przemysłowym standardom na ilość garbników,steroli,witamin i „wszystkiego dobrego”,ale rośnie tam,gdzie znajduje go człowiek żyjący w tej samej okolicy i pamiętając o prawach medycznych ze starych klasztorów, natura  wyposażyła owo zioło w odpowiednie właściwości dla tego właśnie człowieka,żyjącego w jej otoczeniu.

To prawda,zanieczyszczenia środowiska są większe niż kiedykolwiek,ale czy naprawdę wyprane,sterylne,opakowane w spulchniacze,polepszacze i gumy zioło lepsze jest o tego z łąki,pełnego słońca,nieprzerobionego przez tysiące rąk i setki maszyn,na którego zawartości możemy polegać wierząc w to,co pisze na opakowaniu?

Czy naprawdę przemysł zakłada,że przeciętny człowiek jest idiotą i nie potrafi skorzystać z natury?Ze musi mieć wszystko wydzielone i ograniczone?A jeżeli tak,to dlaczego w powszechnej sprzedaży są potwornie szkodliwe substancje chemiczne zwane też „lekami”?I dlaczego,jeżeli są nadużywane czasem ze skutkiem śmiertelnym-a są,to dlaczego informuje o tym tylko prasa (i to raczej czasami),ale nie robi się z tego kampanii,jak w przypadku reklam tychże substancji?

Ze smutkiem obejrzałam pierwsze części „cegły”-te już opatentowane leki i te dopiero mające do nich dołączyć.Jeżeli tej firmie (a takich firm jest wiele) uda się opatentować to,co zamierza,już widzę,jak na listę „niebezpiecznych” i „trujących”,a co najmniej „niepewnych” i „szkodliwych” dostają się kolejne,wspaniałe zioła. 

 Spieszę więc powiadomić Państwa o następnych ziółkach pozostających w temacie boreliozy,gdyż kto wie,może niedługo będzie za późno,abyśmy mogli je bezkarnie zbierać.

Mówiąc o dobroczynnej gorzkości nie powinnam zapominać o piołunie-Artemisia absinthium,bez szczególnych obostrzeń stosowanym np.w Szwajcarii,Francji czy Włoszech,gdzie każda pani domu wie,do czego toto służy i niechby ktoś spróbował im piołun zabrać:-)…..

Prawdą jest,że z piołunem przesadzać nie można i ścisłych dawek trzymać się należy,ponieważ jest to LEKARSTWO,a jeżeli chcielibyśmy przedawkować piołun,to proszę wspomnieć francuskich artystów zapijających się absyntem właśnie…na śmierć.Piołunu NIE stosujemy w ciąży,w czasie laktacji,jeżeli występuje krwawienie z przewodu pokarmowego,przy krwawieniach miesięcznych.W stosowaniu ziół podstawową sprawą jest zapoznanie się z minimalnymi dawkami korzystnymi dla naszego organizmu (waga,stan ogólny,kobieta, mężczyzna),z interakcjami z innymi branymi specyfikami,z ewentualnymi uczuleniami itd.Ale pamiętajmy też,że ziółka używano od zawsze i przeciętny rozsądek oraz wiedza wystarczą do przyjaznej z nimi koegzystencji:-)Nie demonizujmy roślin.Czytajmy o nich i czytajmy ulotki preparatów ziołowych PRZED użyciem.

Gotowe preparaty piołunowe dostaniemy w krajach Europy Zachodniej a nawet w Rosji:-),ale u nas  (jeszcze )dostępne ogólnie są wyłącznie herbatki „Piołun fix” z Herbapolu Lublin.

Można sobie zrobić piołunową nalewkę 1:5.

(dla niewtajemniczonych-jedna część ziela,pięć alkoholu ok.60%)

wytrawiać ją dobre dwa tygodnie,przefiltrować,zlać i przeciętnej urody:-)człowiek równa się przeciętnej wielkości dawce 5 ml (mililitrów)nalewki raz dziennie,w odrobinie wody.Pierwotnie stosowano powszechnie dla dorosłych 10 ml,ale biorąc pod uwagę słabość dzisiejszych organów zostańmy może przy nie więcej niż pięciu ml,przez nie więcej niż dwa tygodnie.Ze gorycz przecie dobra na wątrobę?Ano dobra,tylko piołun ma różne ciekawe składniki,których nadmiar może podziałać w zupełnie inną stronę.Dawkowany normalnie,czyli w granicach rozsądku,działa zabójczo na borelie,wzmaga odporność,pobudza przemianę materii,jest starym środkiem przeciwpasożytniczym (w starych farmakopeach jako typowe antihelmintica(czyli p.pasożytom).W razie chęci dokładniejszego zapoznania się ze składnikami piołunu proszę się odzywać,ale jest dostępna literatura na ten temat-wymieniany już podręcznik ziołolecznictwa prof.A.Ożarowskiego.,doceniam też inne polskie opracowania,m.in.Katedry i Zakładu Farmakognozji z Pracownią Roślin Leczniczych AM w Lublinie,Katedry i Zakładu Farmakologii z Ogrodem Roślin Leczniczych AM w Gdańsku,świetnie podane monografie dr Łukasza Łuczaja….Rosyjskie z kolei zaskakują obfitością danych i przystępnością,podobnie,jak francuskie.

Następnym ciekawym ziółkiem mogącym wspomóc nas w boreliozie jest krwiściąg-Sanguisorba officinalis-piszę o nim teraz,ponieważ TERAZ,już,jego liście są najsmaczniejsze:-)i możemy je dodawać w niewielkich ilościach do sałatek,ale i wywar z korzenia popijać po dwie filiżanki dziennie.Mówię tu o herbatkach dla dorosłych.Przy dzieciach trzeba przedsięwziąć dodatkowe środki ostrożności i oczywiście zmniejszyć dawki adekwatnie do wieku,wagi…..Z krwiściągu w Jakucji robiono mąkę a z niej placuszki-też dla dzieci:-).

Często popełnianym błędem jest podawanie takich samych,co dorosłym, ilości leku dzieciom i -o zgrozo-osobom w podeszłym wieku-cóż,że ci ostatni są dorośli,jeżeli metabolizm,system immunologiczny i nie tylko już nie są tak doskonałe,jak kiedyś.Serwowane Starszym „leki” w końskich ilościach,według przepisu „dla dorosłych” budzą nieodmiennie moje przerażenie a ich problemy zdrowotne.

Ochronnie na wątrobę,czego przy pozbywaniu się efektów boreliozy potrzebujemy,działa nieodmiennie-kurkuma-Curcuma longa-chiń.jiang huang,a także dzika-yu jin,w Indiach,gdzie mamy dziewięć gatunków kurkumy znana jako haldi,besar-uwaga,jak to zwykle bywa,w każdym regionie wymowa jest nieco inna:-).To „wieczny” składnik wschodniej kuchni,lek i farba zarazem.Tak,to prawda,Amerykanie chcieli opatentować i kurkumę,ale Chińczycy i Hindusi pokazali im…..:-)

Ze względu na szerokie spektrum działania-m.in.hepatoprotekcyjne (ochronne na wątrobę),antynowotworowe (w tym wypadku opracowania medyczne nie mylą się używając słowa „antynowotworowe”-hamuje proces karcynogenezy, zapobiega szkodom w DNA,zapobiega mutacjom,odtruwa),stała się kurkuma przedmiotem intensywnego zainteresowania koncernów,więc mam nadzieję,że wkrótce nie zniknie z półek jako przyprawa.

Kurkumy NIE stosujemy przy niedrożności przewodów żółciowych.(jak wszystkich ziół pobudzających wydzielanie żółci-proste:nie powinno byś motywowane do wydzielania to,co nie może ujść-najpierw się oczyszcza,potem składa do kupy;-).

Można ją popijać w filiżance np.szczypta na filiżankę wody,ale po co,kiedy lepiej smakuje z ryżem,warzywami lub nawet mięsem?

Krwawnik (Achillea millefolium)-i wewnętrznie i zewnętrznie ma działanie wzmacniające,jest „tonikiem zdrowia”. Wzmacnia funkcje wątroby i śledziony,przeciwskurczowy,lekko moczopędny i lekko napotny,wypłukuje toksyny i łagodzi zapalenia.

Skrzyp polny-Equisetum arvense-proszę NIE pomylić ze skrzypem błotnym (E.palustre).S.polny(jest też w aptekach i sklepach zielarskich) gotować ok.15 minut (krzemionka,więc musi się pogotować) i dodać do kąpieli-przy bólach stawów,słabej tkance łącznej,reumatyzmie (dobrze przyswajalna krzemionka wzmacnia tkanki,chrząstki,kości). Skrzyp  można też popijać,ale wtedy:1 łyżka na szklankę wody,gotować 15 min.,rozcieńczyć ciepłą wodą,popijać w 2 dawkach porcję z jednej szklanki dziennie,ok.3 tygodnie.Kąpiele po ok.15 minut codziennie lub co 2 dni,przez miesiąc.

P.S.-przy kąpielach,saunach,intensywnym poceniu się proszę nie zapominać o soli kamiennej szarej lub morskiej -w dodatku do jedzenia,picia (nie przesadzać,ale pamiętać:-),byle nie wcinać zwykłej kuchennej-jest przeważnie niestety faszerowana nie tylko jodem (czasem na szczęście niewiele go tam zostaje:-),ale aluminiumhydroxidem odkładającym się w synapsach w mózgu a chyba nie chcemy wspomagać rozwoju np.Alzheimera?

To nie koniec o ziółkach na boreliozę.

Na razie polecę jeszcze kąpiele z dodatkiem olejku cedrowego, olejku sandałowego, jak również eukaliptusowego-właściwości omówię oddzielnie przy zupełnie nowym cyklu,który planuję,ale wiadomości o nich można przecież znaleźć w książkach czy sieci.Jeżeli ktoś wie o naprawdę dobrych jakościowo olejkach wytwarzanych w POLSCE przez POLSKą firmę,to proszę napisać-chętnie się tą wiadomością-po skonfrontowaniu oceny z praktyką:-) ze wszystkimi podzielę.Niektórych próbowałam-niestety nie  prezentowały tego,co obiecywała nalepka:-),ale może już się to zmieniło i mamy wyłącznie dobre olejki?W razie „pilnym” Rosjanie mają i tanio i niezłe jakościowo olejki produkowane przez stare firmy farmaceutyczne,więc…..do następnego:-)

Lektury jak poprzednio,wzbogacone o wrażenia z archiwalnych L’Express rodzinnej biblioteki,które za nic nie chciały opuścić mojej głowy:-)

Posted in borelioza | Leave a Comment »

GMO.Aktualności.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 10, 2010

Znany koncern Monsanto wspiął się na wyżyny pomysłowości i postanowił opatentować…..mięsko.A jakie mięsko?

A,wg Frankfurter Rundschau,to pochodzące od zwierzątek karmionych roślinkami wyhodowanymi z nasion sprzedawanych przez Monsanto. Prawda,że sprytnie?Więc ludzie mówiący o niebezpieczeństwie patentowania żywności mieli jednak rację?Ojej,no przecież jednym z ulubionych „argumentów”(raczej mętów niż argu:-)) miłośników GMO jest,że nic takiego się nigdy nie zdarzy,że wręcz przeciwnie….

Tymczasem wniosek o patent,na który firma ma ochotę,ma realną postać -WO/2009/097403 ,o czym wiedzą w Instytucie Patentowym w Genewie.

Mięso świnek jako „wynalazek”?Ano tak,ponieważ wedle M.zwierzęta karmione paszą GMO będą miały -czy też wręcz mają- większą koncentrację tłuszczów nienasyconych (ale o jakiej strukturze i właściwościach,to już się ciężej do tego przekopać:-))stąd mają być „zdrowsze” a więc to miałoby je kwalifikować jako wynalazek….??????

No to patencik na sznycel,patencik na szyneczkę…A patencik od kosy na sztorc to niepotrzebien?

I jeszcze maleńkie pocieszenie z  kwietniowego Deutsches Arzteblatt,gdzie dr Klemperer podsumował wyniki badań opublikowane przez Bundesarztekammer (Niemiecką Izbę Lekarską),czyli „Arzneimittel Forschung(Drug Research):Marketing before Evidence,Sales before Safety”-Marketing przed wynikami,sprzedaż przed bezpieczeństwem”.Badania jasno stwierdziły,że „sponsorowane przez przemysł farmaceutyczny studia potwierdzają pozytywne działanie leków częściej niż te niezależne”.

A to mi nowina…..:-)

Na to dr Klemperer:”…..Badania nad lekami znajdują się na równi pochyłej.Większość studiów finansowana jest przez przemysł.Wielkie firmy farmaceutyczne w licznych,dobrze udokumentowanych przez wewnętrzne dowody dokumentach i załącznikach ukrywały ewidencję aż zmieniła się w przystępną dla rynku”.Hocus Pocus?

Posted in aktualności, GMO | Leave a Comment »

Serce.Kardiologia naturalnie.cz.4.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 9, 2010

Maj-podobno miesiąc miłości,choć patrząc na zakochanych w grudniu,marcu,lutym…miłość nie wydaje się jednak być przypisaną do jakiegoś szczególnego okresu.Kiedy nadchodzi zimno,zakochani po prostu chowają się w domach:-)

Serce czynne jest cały rok:-)

Znowu o sercu więc i to uśmiechniętym.Swoją drogą też miałam jeszcze jeden powód do radości:-) dowiadując się-znów przypadkiem:-),że i tacy przeciwnicy medycyny naturalnej,których bym o to nie podejrzewała, korzystają skrzętnie z mojej strony:-)

Cieszy mnie to,gdyż może czegoś się nauczą (tu znajdują źródła,o których nigdy nie słyszeli,nazwiska,które niczego im nie mówią,ale jeżeli zadadzą sobie trud sięgnięcia po nie,to już osiągnęłam cel:-))-a z drugiej strony zastanawia mnie ich ambiwalentność poglądów:bo jeżeli negują,to po co czytają-wszak to czas,drogi towar.A jeżeli czytają,aby się nauczyć-ba-publicznie korzystać z wiedzy tu znalezionej,to dlaczego negują:-)A jeżeli czytają,aby strzępić swoje języki na własnym nieuctwie krytykując medycynę naturalną zamiast zająć się nadrabianiem luk w edukacji,to zastanawiające,jak dają sobie jeszcze radę z pracą(?), własnym życiem….bo aby żyć z żerowania na negowaniu wiedzy,trzeba mieć co jeść.A żeby mieć co jeść,trzeba mieć pieniążki.Problem w tym,że przemysł wynajął niezbyt odpowiednich ludzi do ataków na naturę,gdyż ich bolesne dyletanctwo obnaża słabości krytykantów wyjątkowo żałośnie,jednocześnie rujnując obraz sponsorów.Fakt-ludzie znający się na rzeczy nigdy by się czegoś takiego nie podjęli:-)Rozumiem,że żyjąc z lenistwa,pasożytnictwa (łatwo,lekko,bo żerując na czyjejś pracy i nie tworząc samemu NICZEGO oprócz tradycyjnych wydalin ciała:-)) chyba trudno jest się czegokolwiek solidnie nauczyć,ale dodatkowo, krytykując rzeczy,o których nie mają pojęcia podważają i tak już słabą wiarygodność oficjalnej medycyny-spadająca sprzedaż pewnego periodyku nie wzięła się znikąd-wzięła się z pustoty jego tekstów -ludzie nie są tak głupi,jak zakładają koncerny,wiedzą,że np.szczepienia to nie cukierki.I dzięki Bogu…..Wiedzą to również dziennikarze.Ale wiedzą też,że o pracę dziś niełatwo,więc nie wszyscy z nich mają szansę powiedzieć „nie”-ja reklam szczepień nie napiszę.

Przy okazji-proszę mnie nie prosić o ocenę innych blogów zajmujących się zdrowiem-o Wszystkich chciałabym napisać jak najlepiej-z pewnością jest wiele rzetelnych i dobrych,ale aby się wypowiedzieć,musiałabym się z nimi zapoznać-niestety,nie mam czasu na odwiedzanie blogów.Poza tym-skąd pewność,że moje zdanie jest tym oceniającym właściwie?:-)-to będzie wszak TYLKO moja opinia. Jeżeli zaś chodzi o krytykę blogów wprowadzających ludzi w błąd,blogów ewidentnie sponsorowanych przez tzw.biznes chorób,to proszę Państwa-po pierwsze ludzie mają rozum i sami powinni wiedzieć,co czytają i czy to im odpowiada  a po drugie…

blogi tworzą ludzie z pasji,z chęci podzielenia się informacjami LUB z chęci zysku.Czasami jest to połączone.

Czasami jest to wyłącznie chęć zysku.

Nie czuję się upoważniona w jakikolwiek sposób do krytykowania „po nazwisku” pasji,chęci dzielenia się informacją czy chęci zysku-to nie leży w moim pojmowaniu etyki.Nie tylko zawodowej-jakiejkolwiek. Mogę jedynie zwracać uwagę na słabe miejsca polityki koncernów,na skutki ich działań,na historyczne i współczesne efekty błędnych założeń,na zarządzenia lub wypowiedzi poszczególnych osób znanych,zajmujących pewne stanowiska-a więc zdających sobie sprawę z odpowiedzialności i opłacanych z pieniędzy publicznych,na posunięcia ludzi reprezentujących system medyczny-tak oficjalny,jak i „mniej oficjalny”,gdyż oba nie są całkiem bez winy,ale nie mogę wypowiadać się o zwykłych ludziach piszących blogi-nawet,jeżeli atakują naturę siedząc w kieszeni przemysłu,ponieważ to jest BEZPRODUKTYWNE.To niczego nie wnosi.Zamiast bulwersować się na ludzi potykających się o własny cień,ludzi słabych,zalęknionych,tresowanych batem-bo tylko tacy są agresywni,chociaż za nic się do tego nigdy nie przyznają-proszę spróbować zapoznać się z oficjalnymi portalami medycznymi i odpowiedzieć sobie na pytanie:

DLACZEGO,JEżELI TZW.OśWIATA ZDROWOTNA TAK BARDZO CHCE,ABY LUDZIE BYLI UśWIADOMIENI,ZDROWI, TO DLACZEGO SPECJALISTYCZNE STRONY OFEROWANE W SIECI PRZEZ Tę SAMą „OśWIATę” Są WYRAźNIE ROZGRANICZONE CO DO TREśCI:

A-DLA LUDU

B-DLA FIRM

C-DLA TZW.SPECJALISTóW

DLACZEGO TREśCI ZAWARTE NA STRONACH DLA LUDU RóżNIą SIę OD TREśCI DLA SPECJALISTóW I CO MOżNA ZNALEźć NA STRONACH DLA FIRM.

DLACZEGO na strony dla specjalistów dostaną się Państwo wyłącznie po wprowadzeniu swojego numeru zawodowego, danych,specjalizacji itp.,na strony dla firm-podobnie.DLACZEGO na stronach dla specjalistów można znaleźć o niebo więcej danych na temat np.niepożądanych skutków ubocznych,mechanizmu działania leków ,statystyk itp.?

Czy,gdyby medycynie szkolnej naprawdę zależało na powszechnym dostępie do wiedzy,czy tak bardzo chroniłaby swoje środowisko?Dlaczego lekarze otwarcie mówiący o szczegółach zawodu w temacie lekarstw i terapii są narażeni na ostracyzm i wręcz wrogość ze strony mniej otwartych kolegów i koleżanek?

Tak.Medycyna naturalna-a raczej to,co się pod jej egidą sprzedaje, też urosła do wielkiego biznesu.To prawda.W tym wszystkim,czy powszechny dostęp do wiedzy nie jest właściwym wyjściem,aby człowiek mógł oswobodzić się od macek jednego hipnotyzera i drugiego?Aby wiedział,co wybrać,aby miał też możliwość wyboru,aby znał konsekwencje swojej decyzji,aby nie był UBEZWŁASNOWOLNIONY?

Powtórzę,co pisałam na początku:drodzy Państwo,którzy zajmujecie się medycyną-obojętnie-naturalną czy szkolną-pacjentów i tak nigdy nie zabraknie,nie zawłaszczajcie wiedzy dla siebie,nie ograniczajcie jej-zresztą Wy też uczycie się od innych,nikt nie wie wszystkiego-uczymy się codziennie (bywa,że w natłoku wiedzy tzw.sztucznej-formułek i teorii-zatracamy pierwotną mądrość organizmu-chyba nie tędy droga?),ludzie chętnie korzystają z dobrych produktów, chętnie płacą za dobrą radę i nie grozi wam plajta,ale niech to nie będzie biznes na trupach,bo jesteście po to,żeby POMóC!A jeżeli nie pomóc….to sami musicie sobie odpowiedzieć na pytanie,co zrobiliście z Waszym życiem.

Bardzo  trudno jest dziś,moi Państwo,trudniej,niż kiedykolwiek,czyjekolwiek czyny osądzać-że nie wspomnę o osądzaniu samych ludzi.Dlatego darujmy nieświadomym ich niewiedzę,świadomych zostawmy ich losowi a sami… zajmijmy się sobą.

Przystępuję więc do kolejnego odcinka. 

Zapytam-czy potrafią Państwo wskazać siebie?

„No jasne”-powie większość z  Państwa (zakładam:-))i wskaże – Większość położy rękę na sercu lub w jej okolice.

„Kiedy mężczyzna myśli w swoim sercu-on dotyka swojego istnienia.Kiedy kobieta myśli w swoim sercu-ona dotyka swojego istnienia”-chińskie

Prof.Alain Carpentier (kardiochirurg,ale nie tylko:-)):”Le coeur est,en effet,un organ mythique…..”

Pisząc o sercu,czy możemy zapomnieć słowa prof.Aleksandrowicza o chroniącym,złożonym z rytmu i ciepła,pełnym poczucia bezpieczeństwa matczynym brzuchu pod pieczą serca?Jak często dorośli,kładąc głowę na piersi ukochanej/ ukochanego,uspokajają się,pod przymkniętymi oczyma wracają do chwil pierwotnej szczęśliwości?Jak często ludzie, którzy nie mają okazji,aby położyć głowę na czyimś sercu,gorzknieją i schną,sztywnieją w uczuciach i oddalają się w depresję?Jak wielkie znaczenie ma dla nas bicie serca kogoś,kogo kochamy i kto kocha nas?

Czy Państwo wiedzą,że istnieją badania,które mówią o tym,że krzyk noworodków zmniejsza się o 55 %,kiedy słyszą bicie serca matki?….Ale czy trzeba badań,aby wiedzieć,że odbieranie matkom noworodków natychmiast po porodzie jest barbarzyństwem i fundowaniem obojgu traumy?

Do tricku uciekają się czasem właściciele osieroconych szczeniąt,stawiając im tykający budzik obok legowiska,aby spokojnie spały (nie polecam ludziom-miarowy,specyficzny rytm budzika wręcz przeszkadza własnemu rytmowi  Waszego serca),inna sprawa,że prawdziwi zwierzaków miłośnicy biorą szczeniaki po prostu do łóżka:-)Jak to było?

„Właściciele psów i kotów dzielą się na tych,którzy z nimi śpią i na tych,którzy się do tego nie przyznają”.

Przy okazji przypomnę,że spokojne bicie zwierzęcego serduszka też wpływa kojąco na nasze.Wzajemna korzyść:-)-pod warunkiem,że zwierzaczek czysty:-)

Przy narodzinach otrzymują nasze komórki specyficzny ślad akustycznego obrazu naszej matki-to znane jest od wieków w medycynie chińskiej.Tenże ślad niesiemy w sobie aż do śmierci.Ten ślad,to rodzaj zmagazynowanej energii,w kulturze azjatyckiej wprost nazwanej kolektywną mocą dusz naszych przodków.

Dlatego tak ważnym jest słuchanie przede wszystkim SWOJEGO serca.Szkoda,że w nawale technicznych hałasów tego świata,zdolność ta zanika.Ludzie zapominają o wieczornym wyciszeniu się,o udaniu się na spoczynek w akompaniamencie spokojnego rytmu słońca swego organizmu.O wędrówce do jego środka.

Poświęćmy chwilę uwagi oddechowi:między ruchem a przerwą,między czasem a przestrzenią,między materią ciała a impulsem natury doświadczamy własnej istoty w pełni wolności pochodzącej z naszego wnętrza.Czy wykorzystujemy ją właściwie?

Tutaj przy okazji zatrzymam się nad metodami kontroli oddechu:proszę Państwa-wiem,że organizatorzy różnych kursów kontroli nad oddechem,w tym niektórzy (podkreślam-niektórzy) nadużywający nauk jogi i interpretujący ją na swoją wyłączną korzyść pewnie mnie za to nie polubią,ale muszę to powiedzieć:nigdy,przenigdy,proszę nie pozwalać, aby ktokolwiek przejmował kontrolę nad Państwa oddechem.Aby ktokolwiek uzurpował sobie prawo sterowania Państwa oddechem-takie praktyki nie mają nic wspólnego z ideą oraz etyką medycyny Wschodu a już na pewno nie z oświeceniem.

Nauczyciel potrafi (jeżeli potrafi:-) i powinien wskazać Państwu metody lub drogi dotarcia do prawidłowego oddechu,do jego rodzajów,ale nie dyktować jego rytm a już na pewno nie wraz z wymawianymi przez siebie dźwiękami.Najpierw demonstracja, potem wykonanie.Organizm to delikatny instrument-nie powierzajmy go lekkomyślnie i w całości innym,jeżeli chcemy zachować niepowtarzalność jego muzyki.I tak,np.szamani starej daty nawet nie próbują sugerować zbliżenia się do czyjegoś odechu,podobnie mistrzowie sztuk Wschodu,których nie zobaczymy raczej w popularnych szkołach,obliczonych na szybki zysk,którzy raczej sami wybiorą ucznia aniżeli on ich.Komercjalizacja dotarła wszędzie,sekt niestety też nie brakuje,ale od czego „wynalazek” zwany instynktem oraz zwykłe myślenie?

Mówiliśmy o rytmie-żywym czynniku,aktywnym w niemal każdym procesie biologicznym-wszak procesy te przebiegają harmonijnie,jeżeli oczywiście nie nastąpi nic,co tę błogość zakłóci.

Harmonia ma działanie witalne-nawet budowa ciała podzielona jest harmonicznie-według tzw.złotego podziału-porządek naszej  harmonii jest integralną częścią harmonii natury tworzącym podstawę relacji z nią.

Sztywność rytmu,rytm przypominający zegar oznacza drogę do uniemożliwienia przemiany-dlatego rytm naszego serca nie może i nie powinien przypominać metronomu-serce musi od czasu do czasu „zafalować”,musi żyć. Zbyt gwałtowne”falowanie” z kolei nie może stać się stałą rytmu,gdyż to prowadzi do patologii na jej przeciwnym końcu-do arytmii.Stąd potrzeba harmonii-w ten sposób nasze serce nie wpadnie ani w proces sklerotyzacji ani w arytmię.

Rytm oznacza wolność.

Oddalanie się od relacji z przyrodą powoduje oddalanie się od naszego naturalnego rytmu a tym samym-od zdrowia.

Wiliam Harvey-znany przecież medycynie akademickiej jako odkrywca (dla tej medycyny pewnie i odkrywca:-))krążenia krwi,autor poglądów na rolę serca w systemie krążenia obowiązujących na uniwersytetach do dzisiaj,co niekoniecznie wpływa na zapoznanie się z całością jego nauk:-),mówił o krążeniu,jako o „obiegu słonecznym”,mówił o sercu jako „naturalnej mocy ciepła ognia” jako „skarbcu życia przesyconym balsamiczną mocą ducha”,o „principium vitae et sol microsomi”(źródle życia i słońcu mikrokosmosu)i o „duchowej sile odpowiadającej za ruch krwi”….. 

Gdzie dziś,na kardiologii,podział się duch?

Gdzie-mikrokosmos?

A gdzie w koncepcji Harvey’a serce jako mechanistyczna pompa???Nie ma?

Wyobrażenie serca jako pompy zgłosili  inni(Bohn,Borelli),ale czy nie byli w błędzie?

Dlaczego teoria mechanistyczna zawładnęła kompletnie traktowaniem „słońca organizmu” od połowy XIX wieku,wieku zintensyfikowania dążeń przemysłowych,mimo sprzeciwu ludzi światłych i oczywistego kontrastu z holistycznym podejściem do zdrowia?

Co powiedzą dzisiejsi medycy na spojrzenie wymienianego wszak wciąż na uniwersytetach Augusta Bier’a,chirurga klinicysty?:

„…Stale i z dumą podkreśla się,że w żywym organizmie funkcjonowanie żadnego narządu nie zostało wytłumaczone bardziej wyczerpująco zasadą przyczynowo-mechanistyczną,aniżeli praca serca i generowanie ciśnienia krwi.Z moich obserwacji wynika jednak,iż ożywczy wpływ na ruch krwi leży w sferze naczyń kapilarnych.Jest on niezbędny.Prawa hemodynamiki,w swej najbardziej grubej formie opisane w przebiegu eksperymentów na martwych naczyniach martwych zwierząt,nie sprawdzają się nawet w najmniejszym stopniu w warunkach żywego,ludzkiego organizmu…..”

One nie tylko się „nie sprawdzają,ale nie wyjaśniają podstawowych pytań stojących u początków kardiologii.

Za to-tworzą nowe.

Czym jest śmierć?I na to są definicje,i na to niepełne.

Można się pokusić o stwierdzenie,że śmierć jest utratą rytmu serca.Ale dlaczego pytamy o śmierć nie szukając najpierw odpowiedzi,które pomogłyby nam żyć pełnią życia?

Neurokardiologia mówi o neurotransmiterach odkrytych również w sercu.O bezpośredniej komunikacji między mózgiem a sercem.Dr Schwartz i Russek mówią o subtelnej energii kwantowej,określanej też infoenergią a przy którym to terminie wolałabym pozostać,przez którą(oraz hormony i neurotransmitery) serce posiada nad mózgiem przynajmniej tyle samo kontroli,co mózg nad sercem.

Dowodzą,że serce wymaga od mózgu ciągle aktualizowanej informacji na poziomie neurohormonalnym, potrzebnej mu do uporządkowania energetycznych prądów w organizmie-co doskonale pokrywa się z poglądami medycyny chińskiej.

Serce jako neurochemiczny gruczoł?Takie spojrzenie nie jest już wielu kardiologom obce.

No właśnie-„już”.Co powiedzieliby,zadawszy sobie przyjemność przeczytania dzieł Sir Williama Oslera,który w 1897 roku opisał arteriosklerozę jako  „Nemezis”,przez którą natura troszczy się o wyrównawczą sprawiedliwość,jeżeli człek sprzeciwi się jej prawom”?To Osler opisał arteriosklerotycznego pacjenta jako popędliwego, zachłannego, ambitnego,którego „maszyna” ciągle wypuszcza więcej pary,niż to słuszne”.To Osler mówił o niezdyscyplinowanym mózgu rządzącym ciałem „bez serca”,on wskazywał człowieka nie reagującego na subtelną energię serca….

Jak bardzo jego obserwację pokrywają się z obserwacjami medyków stosujących w leczeniu naturę?Czyż nie idealnie?

Nowoczesna kardioenergetyka (a jest coś takiego:-)) zajmuje się tajemnicami,na które dotychczasowa medycyna szkolna patrzyła wręcz z odrazą-teraz sama próbuje z niej korzystać przypisując sobie-nie naukowcom poruszającym się w strefie medycyny naturalnej- początki w tej dziedzinie odkryć.

Ludzie i tak wiedzą-większość dzisiejszych leków farmacji przemysłowej wzięła się z natury,sama medycyna szkolna jest w ogromnej części nieudanym dzieckiem nieudolnie stosowanej przez wyfiokowanych medyków medycyny naturalnej,ale to takie przykre wspominać początki tej „wielkiej,wspaniałej nauki”,prawda?

Tymczasem ustalono kardioenergetyczny obraz serca…..

1.Przy elektromagnetycznej mocy serca blednie elektromagnetyczna moc mózgu.To serce jest naszym najsilniejszym organem,w dodatku reagującym bezpośrednio na środowisko,w którym się znajdujemy.Serce nie reaguje więc wyłącznie na rozkazy mózgu,ale również autonomicznie a nawet BEZ wiedzy mózgu.

2.Serce jest przewodnikiem energii do komórek ciała.W efekcie można tę energię określić jako infoenergetyczną pamięć komórek.

3.Jak wszelkie systemy vivi,jest serce systemem otwartym,interaktywnym,podlegającym zmianom.Teoria fizyki kwantowej pozwala określić,że system ów manifestuje się energią,masą i informacją i że jest ona w równym stopniu falą co cząsteczką.Czy ta teoria jest pełna?Nie wiemy.

4.Serce jest najważniejszą siłą porządkującą w organizmie.To ono trzyma nas „do kupy”,katalizatorem rozsądku (a tak),pozwalającym nam coś rozpoznać.Serce używa swojej infoenergii,aby komunikować się z mózgiem.

Serce z każdym swoim uderzeniem wysyła energię-informację działającą na materię tak wewnątrz,jak i zewnątrz ciała,wewnątrz magazynowaną przez komórki jako pamięć.

5.Serce jest jądrem organizmu-to zarządca energii i wymiany informatycznej.To ono reaguje i wysyła informacje.Czy je zrozumiemy-owszem,jeżeli dopuścimy je do głosu.

6.Serca wymieniają informacje z innymi sercami i mózgami.Proces rezonansowy jest w tej chwili jednym z głównych przedmiotów badań w kardioenergetyce.

Także,proszę Państwa,serce posiada własny,własny,autonomiczny „system nerwowy” i mózg nie potrzebuje mu bynajmniej czegokolwiek dyktować.Serce podpowiada słusznie,jeżeli pozwalamy mu mówić.Podpowiada tak,że słuchając go,pozostajemy w zgodzie z ciałem.Wynik negowania wiedzy serca obserwujemy codziennie na oddziałach kardiologicznych.

Pochodzenie impulsu serca jest wciąż niechętnie omawianym oficjalnie tematem medycyny szkolnej.

Co powiedziałby na to kardiolog,który nie chce słyszeć o kardioenergetyce,choć znana jest mu elektrokardiologia będąca świetnym wstępem do badań nad energią serca?

Ze,np.w transplantacji,chodzi o to,że „serce uruchamiane jest bodźcem pochodzącym z tzw.bloku SA(sinuatrialny), który powstaje…. sam z siebie”.Ze to „rodzaj biologicznego rozrusznika”.Ze tam jest „mały kawałek tkanki,niedaleko górnej prawej połowy atrium i to służy jako tzw.dyspozycyjne centrum…..że ten bodziec to rodzaj „bioelektrycznego rozładowania”. Bioelektryczne?A więc jednak….forma energii. 

Lektura:jak poprzednio,plus W.Harvey,”De motu cordis et sanguinis in animalibus”,1628

„Le coeur -plus qu’une pompe”-M.Fraval,A.Narrie,M.del Pilar Munoz

Posted in kardiologia naturalnie, zdrowie | Leave a Comment »

TCM, czyli odporny,jak Chińczyk.cz.8.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 4, 2010

Jak ten czas leci…Siódma część roku -Li Xia…LATO!

Tak,z Li Xia zaczyna się lato,dokładniej 5-6 maja.Wojowniczy urzędnik,czy-jak wolą Chińczycy-urzędowy wojownik, patronować będzie aż do 22 maja.Tego dnia cesarz witał lato z całym dworem,podobnie czynił też jego lud.

Lato to pora SERCA,któremu poświęcimy teraz o wiele więcej uwagi,aby było silne i pełne życia,kiedy nadejdzie pora, która zwykle serca niepokoi i napawa zbędnym smutkiem…

Zaczął się czas koniunkcji Qi Nieba i Ziemi-to oznacza,że Qi nie możemy teraz magazynować a pozwalać jej na swobodne krążenie i łagodne ujście,gdyż,w razie,gdybyśmy nagromadzili jej obecnie zbyt wiele-serce zostanie wystawione na ciężką próbę i nie będzie miało ochoty na późniejszą współpracę.Ono też musi odpoczywać.

Czas serca to i czas ognia.Według Chińczyków-ale i Kahunów,podobnie,jak często w innych starych systemach medycznych na całym świecie -to serce jest panem umysłu i całego organizmu.

Chińczycy poszli jeszcze dalej,nazywając serce „słońcem organizmu” i obserwując zależności między sercem a resztą organizmu-bynajmniej się nie pomylili.

Pamiętają państwo wiatr wczoraj,wiało mocniej i słabiej,ale w całej Polsce.Tak właśnie,typowo dla siódmej części roku w Chinach:-) zaczęła się pora słońca u nas.Czyżby łączyło nas jednak z wiedzą starych Chin więcej,niż myślimy?

 Traktujmy teraz serce z wyjątkową delikatnością pamiętając,że wstrząsy emocjonalne (nawet szalona radość,jeżeli jest „zbyt” szalona:-),zakłócają jego pracę,prowadząc do przerwania ciągłości Krwi oraz pełnej świadomości. Korzystajmy z zieloności (koi) otoczenia,słońca,ciepłego deszczu i tankujmy spokój.Tak,zdaję sobie sprawę,że dziś coraz trudniej o „tankowanie” tego drogocennego materiału,ale,jeżeli chcemy pożyć,nie mamy wyjścia:to właśnie zastój Krwi zatyka serce i jest przyczyną zawałów a nawet samych bólów w klatce piersiowej.Przyczyną zaś zastoju Krwi jest…no właśnie,patrz wyżej.

Pod uczuciem stresu ogniste ciepło serca albo zanika albo wybucha.Stąd rola życzliwości,przyjaznego spokoju,chęci porozumienia i zrozumienia innych w utrzymaniu prawidłowej akcji serca.

Tu wrócimy na chwilę do najważniejszych pojęć niezbędnych w rozumieniu TCM.Poprzednio naszkicowałam ledwie Qi,co,mam nadzieję,stalo się przyczynkiem do poszukiwania przez Państwa jej dróg w organizmie-Qi będzie się przewijać w czasie całej naszej podróży,wraz z towarzyszącymi jej:Xue,Jing,Sheng i Jin-Ye.

Informując przed chwilą o roli stresu w zastoju Krwi pragnęłam podkreślić nierozerwalność zależności między Sercem,Uczuciem,Qi a Krwią.Ta ostatnia,po chińsku Xue,jest często lekceważona w postrzeganiu przyczynowości chorób.Jak niesłusznie-wie o tym każdy prosty Chińczyk.

Chiński termin Xue,oznaczający w językach kultury zachodniej krew…nie odpowiada jednakże dokładnie temu,co rozumiemy pod tym samym terminem w Europie:-)Tak,jest pod Xue rozumiana i „czerwona ciecz życia”,ale przede wszystkim krew jest pojmowana poprzez cyrkulację w ciele,jako pożywienie organizmu,utrzymanie i,w pewnym sensie też użycie części ciała.Funkcja krwi jest o wiele ważniejsza,aniżeli jej lokalizacja w żyłach czy kapilarach, najważniejsze jest:krew porusza (również się),krew cyrkuluje.

Chińczycy pamiętają,że krew powstaje z przemiany pożywienia.Wątroba,śledziona i serce mają szczególne z nią powiązanie :

Serce utrzymuje harmonijny obieg krwi w ruchu,rządzi nią.Kiedy ciało,w stanie spoczynku potrzebuje mniej krwi, wówczas wątroba kontroluje „spoczywającą Krew”-magazynuje ją,możnaby rzec.Krew zależna jest też silnie od Qi śledziony,która „prowadzi” ją przez naczynia.Qi tworzy i porusza Krew.Z kolei Krew odżywia Qi i regulujące organy. Krew jest Yin,Qi jest Yang.”Qi jest generałem Krwi,ale Krew jest matką Qi”.

Zaburzenia Krwi są podzielone na dwie kategorie główne:

-Xue-xu-niedobór

-xue-yu-zastój.

Z niedoborem mamy do czynienia,kiedy jakiś organ lub nawet cały organizm nie jest wystarczająco odżywiony przez krew,a z zastojem,kiedy następuje jakaś blokada,przeszkoda hamująca przepływ.Ten ostatni stan można wyraźnie zaobserwować przy wszelkiego rodzaju tumorach,spuchniętych organach,cystach.

  To,jak będziemy traktowali serce i krew w porze letniej,będzie miało największe znaczenie dla zachowania ich w dobrym stanie przez pory następne.W porze ognia nie jest wskazane dodatkowe wzniecanie go-jak np.,przez już wymienianie,silne,głównie negatywne emocje,czy pożywienie.Znajdując się w ciągle pobudzonym stanie, doprowadzamy wątrobę do przegrzania i jej kruchości,wynik:utrata elastyczności,bolące mięśnie,podrażnione oczy,sztywność,obłożony język, zaburzenia słuchu i wzroku,co w sumie prowadzi do wypalenia się Qi serca.Wtedy nadwrażliwość osiąga apogeum i stajemy się podatni dosłownie na każdy,najmniejszy bodziec.Sytuację „wypalenia” świetnie można obserwować m.in.w korporacjach-niestety,obserwowanie jej rozwoju nie jest już ani świetne ani śmieszne.Ci,którzy rzucili Big Problem,cieszą się życiem.Nie wiem,dlaczego sami nie czuli,że muszą powiedzieć „dość”. Oni wiedzą:

bo pieniądze

bo adrenalina

bo rodzina

bo życie jest krótkie….-no właśnie,mówiłam słysząc to samo zdanie u wszystkich.Jest krótkie,więc dlaczego je niszczysz i skracasz jeszcze bardziej?

Wystarczyło,że zobaczyli się z perspektywy,że dojrzeli inne możliwości,że zrozumieli,czym są tkwiąc w ciasnym boksie,do którego sami zresztą przyszli.Zobaczyli możliwości serca.Tego organu,którego tak niechętnie dopuszczali do dyskusji a który lekceważenia miał już dość.Organu rozpiętego między sygnałem budzika a sygnałem bankomatu-melodii zupełnie z nim niekompatybilnych.

Lato,więc wakacje.Zróbmy sercu wakacje nietypowe:teraz i już:odetchnijmy,otwórzmy okno,zjedzmy coś łagodnego i pijmy dobre napoje,by ogień nie rozprzestrzenił się zbyt daleko-by pozostał,gdzie jego miejsce.

Idźmy spać później niż zwykle a wstawajmy wcześniej,ze wschodem słońca.

Zaczął się sezon na szparagi:jedzmy,ile możemy i na ile tylko nas stać.Najlepiej zacznijmy uprawiać je w ogródku-kto jest szczęśliwym posiadaczem kawałka ziemi.Jedzmy je lekko ugotowane i polane masłem-wystarczy,one nie potrzebują fajerwerków,są same w sobie doskonałe-i białe i zielone- a o ich właściwościach napisano tomy.

Seler naciowy,słabo zblanszowany i skropiony olejem sezamowym jest doskonałym daniem dla cierpiących na AZS (atopowe zapalenie skóry).

To dobra pora na zupę pokrzywową,nie zapomnijmy na koniec wpuścić do garnka soku z cytryny i już nie gotować.

Jak zabrać się do zupy pokrzywowej?

Gotujemy bulion warzywny-jeżeli ktoś chce,może to być i bulion drobiowy-nie z kostki.TO NIE JEST TO SAMO!,w zestawie obowiązkowym musi być marchewka,jest już młoda nać selera,odrobina naci i jeden korzeń pietruszki,szczypta pieprzu,liść laurowy( proporcje wg smaku ),sól,dobrze jest poddusić wcześniej te warzywka na oliwie,następnie,kiedy bulion gotowy,wrzucamy pokrojoną pokrzywę-ilość wg smaku,króciutko gotujemy, zestawiamy,dodajemy trochę prawdziwego masła,swojskiej śmietany-takiej,która się nie „zwarzy”,na koniec-cytrynka.

Taka zupa najlepiej smakuje na świeżo i każdy z czasem dojdzie też do własnych preferencji „ulepszania” jej różnymi przyprawami:-)

W lecie pocimy się intensywnie-wewnętrzne gorąco daje o sobie znać.Dlatego trzeba płyny uzupełniać i nie mam zamiaru kłócić się z różnymi szkołami picia-a czy 4 litry dziennie a czy 2,bo a nuż 3 obciąży nerki a czy może jeden….

NIE.Każdy ma indywidualne zapotrzebowanie na płyny i sam powinien sobie ustalić,ile i czego może.To jego organizm mówi mu,ILE-nie ktoś,kto widzi go parę razy w swej karierze a o jego stylu życia wie tyle,co przeczytał w ogólnych, medycznych charakterystykach.

CO pić?Niektórzy powiedzą:a mój organizm ma zapotrzebowanie na whiskey,więc mogę,ile chcę?Jeżeli czyjś organizm miałby zapotrzebowanie na wyłącznie jeden rodzaj cieczy,po pierwsze mocno bym się zdziwiła,po drugie-podejrzewałabym jakieś zaburzenia,gdyż nasz normalny,naturalny organizm,jako część przyrody,potrzebuje po prostu przede wszystkim wody,a że cywilizacją przyzwyczailiśmy go do różnych jej postaci,to najlepsze są w dalszym ciągu ziółka typu melissa,w gorące dni mięta,zielona herbata,nalewki nie są złe,ale trzeba wiedzieć,ile i jakiej można wypić a to znów sprawa indywidualna.Temat alkoholu mam zamiar rozszerzyć,ale już teraz przypomnę,że nie wszyscy go tolerują,nie wszyscy jego „stosowanie wewnętrzne” lubią,nie wszyscy mogą,chociażby czasem chcieli-np.cierpiący na chorobę lokomocyjną mogą spróbować nalewki imbirowej(byle nie w lecie-silnie rozgrzewa)-nie sądzę,aby mieli mdłości:-)

Jeżeli chodzi o ciąg dalszy tzw.niewyskokowych napojów,to polecam herbatkę z cytryńca chińskiego (świetnie w Polsce rośnie)-parę listków na szklankę (tonizuje Qi).A-to nie jest czas na kakao,szczególnie z mlekiem,nie powinniśmy też pić teraz ciepłego alkoholu (grzane wino).Napoje powinny być dobrze ciepłe lub letnie,nie lodowate.

Pamiętać o rzodkiewkach,kiełkach fasoli mung,botwinie,rabarbarze (reumatyczni,osteoporozowcy:-) muszą na rabarbar uważać tak samo,jak na szczaw-nie częściej niż raz w tygodniu),cykorii,sardynkach (póki są).

Chcąc poświęcić sercu nieco więcej troski,zróbmy mu masaż wzmacniający:

możemy leżeć,siedzieć lub stać-byle na luzie.Zamknijcie oczy,wyobraźcie sobie swoje serce.Kobiety kładą lewą rękę na klatce piersiowej,na nią prawą,mężczyźni odwrotnie-najpierw prawą,na nią-lewą i okrężnymi ruchami masują OKOLICE serca,nie odrywając dłoni od skóry.Czyli:ręce posuwają się wokół serca i NAJPIERW zgodnie ze wskazówkami zegara. Cwiczenie wykonujemy wolno:jedno okrążenie-jeden oddech,20 razy w jedną i 20 wbrew wskazówkom zegara.Kończąc masaż nie odrywamy rąk gwałtownie a delikatnie oddychając łagodnie dociskamy ręce na wydechu,zwalniamy je zaś na wdechu-trzy razy,trzy oddechy.Następnie trzymamy jeszcze jakiś czas dłonie na klatce piersiowej i myślimy o czymś bardzo,ale to bardzo przyjemnym….i idziemy na herbatkę z mięty jabłkowej-delikatniejszej od pieprzowej,z którą nie można przesadzać,lub okrągłolistnej-też nie tak wyrazistej:-)

Lektura-jak wcześniej.

P.S.Są różne szkoły,czy po operacjach serca stosować masaż,czy nie-przychylam się do tej,która mówi,że to zależy od rodzaju operacji-p.konsultacja z człowiekiem zajmującym się sercem przed i po operacji.

Posted in TCM, zdrowie | Leave a Comment »

Survival.1OO rzeczy,których możesz potrzebować.

Posted by natural health consulting w dniu Maj 1, 2010

Popularnych mediów słucham coraz rzadziej-rażą sprzeczności,rażą manipulacje,razi też nieproporcjonalna dawka strachu przemycanego w większości informacji.Wiadomo,na świecie nie jest ani najspokojniej ani nie najdoskonalej, ale oprócz tego wydarza się mnóstwo rzeczy pozytywnych.Atmosfera straszenia chorobami,wojnami, końcem świata wreszcie a przy tym dążenie do stworzenia takiego obrazu sytuacji,aby jedynymi wybawicielami okazywali się nadawcy owych informacji doprowadza do odruchu zwanego wymiotnym.Dlaczego,jeżeli miałoby być faktycznie tak niebezpiecznie,źle i w ogóle „jeszcze gorzej” (a niestety,jeżeli robi się wszystko,aby jako-taki ład zniszczyć,to w końcu rzeczywiście może być tak,jak się „prorokuje”),to nie informuje się przede wszystkim o możliwościach zapobieżenia takiemu stanowi rzeczy ani o możliwościach radzenia sobie w warunkach cięższych niż dotychczas?Dlaczego znów wybawieniem ma być „wyłącznie” ktoś lub jakiś „cudowny środek”-oczywiście wcześniej opatentowany przez odpowiednią firmę,która odpowiednio wcześniej zatroszczyła się o pomoc w stworzeniu odpowiednich warunków do wykorzystania swego produktu?

Niedawno zapytano mnie,co bym ze sobą zabrała,gdyby naprawdę „zaczęło być źle”.W pierwszej chwili odpowiedziałam:”Jeżeli w tych czasach będzie „naprawdę źle”,to nie będziemy już potrzebować niczego oprócz dobrego miejsca w niebie”;-),ale potem pomyślałam,że przecież na to się to i owo produkuje,aby najpierw była możliwość sprzedania tego ludzkości….to może nieco potrwać,więc faktycznie należałoby się zastanowić,jak ten czas przetrwać, bo a nuż będzie szansa na doczekanie czasów,kiedy,przypominając Czesława Niemena,człowiekiem NIE będzie gardził człowiek.

I wtedy pomyślałam o stworzeniu listy.Listy rzeczy,jakie mogą być przydatne w ciężkich czasach.Nie,żeby straszyć-o nie, strach jest uczuciem raczej destruktywnym-a wręcz przeciwnie-aby niektórzy-ci,którzy chcieliby się poczuć pewniej, mieli okazję przygotować się do rzeczy niespodziewanych a nie należących do najprzyjemniejszych,o których zwykle dowiadujemy się w momencie,w którym na jakiekolwiek przygotowania do kryzysu nie ma już szans.

To moja,subiektywna lista.Na pewno podobne istnieją,niektóre rzeczy będą się powtarzać,jak np.woda w pojemnikach czy konserwy,ale mam nadzieję,że stworzyłam listę inną od wszystkich i po prostu przydatną.Wiele z rzeczy,które tu wymienię,będzie można używać na bieżąco-nie chodzi mi tu o bezsensowne chomikowanie bezużytecznych przedmiotów czekających na „big bang”:-),ale na taki zestaw,jaki powinniśmy-wedle mojej wiedzy i wyobraźni:-) posiadać w miarę możliwości,aby dać sobie radę w chwilach,nazwijmy je,”historycznych”;-).Oczywiście nie jest to obraz pełny a powiem wprost,że w naprawdę wyjątkowych systuacjach człowiek obędzie się bez ogromnej większości niżej wymienionych rzeczy i przetrwa pod warunkiem,że potrafi sobie radzić w naturze-dlatego też lista nie będzie jedynym drogowskazem w buszu „przeżycia” a jednym z wielu,o których na kolejnych stronach…..

Wszystkim życzę,aby nigdy nie musieli korzystać z takiej listy NAGLE.

1.Woda w pojemnikach koniecznie szklanych -plastikowe sprzyjają psuciu się wody,zmianie właściwości na minus,włącznie ze smakiem.Na jaki czas?Na 7 dni-to podstawa.Wodę z nieznanego źródła-jeżeli zmuszeni bylibyśmy jej użyć,trzeba najpierw uzdatnić np.ekstraktem z pestek grapefruita lub filtrem węglowym,gotować 15-20 minut,ponieważ dopiero takie gotowanie niszczy oocysty Cryptosporidium-mało przyjemnych pierwotniaków lubiących czyścić osłabione trakty trawienne….wodnistą biegunką.

2.Zbiorniki na deszczówkę (zakładając,że będzie nieskażony)-mogą być plastikowe,gdyż wtedy nie przechowujemy w nich wody a raczej wykorzystujemy na bieżąco lub przelewamy do szkła.

3.Generator prądu z odpowiednią ilością paliwa-na 7 dni.

4.Zapałki-przynajmniej 2 opakowania po 10 pudełeczek.Jest i indiański sposób rozniecania ognia,ale zajmuje nieco czasu:-)

5.Sól.Kamienna,szara.3 kilo.Pamiętajmy,że posiada ona cenne minerały,poza tym może służyć np.płukaniu gardła, czy czyszczeniu-np.patelni.

6.Przeszkody dla szczurków lub-niestety-trutki.Szczury to wspaniałe,mądre i śliczne zwierzęta,ale lepiej nie konkurować z nimi w razie zbyt długiego przebywania w ciemnym,zimnym pomieszczeniu,jakim jest np.piwnica. Chyba,że potrafimy się ze szczurami zaprzyjaźnić lub od nich jakimś cudem w tej piwnicy odgrodzić,ale uprzedzam,że to praca syzyfowa.Ze to ostateczność?Tak.Ale,jak to mówią w Indiach,kraju mocno wszak z nimi zaprzyjaźnionym: „wykładając trutkę szczurowi dajesz mu jednak wybór-on nie musi jej jeść….”

Teraz:w szklanych pojemnikach,w ilościach na miesiąc:

7.pszenica (siew,kiełki lub gotowanie,czyli wszechstronne zastosowanie),

8.płatki owsiane (i na sucho i zalane:-)) ,kaszę jęczmienną,jaglaną

9.fasola (długa zdolność do kiełkowania,ale i do jedzenia)

10.ryż (jaśminowy-szybko się gotuje ale i jest lżejszy na żołądek od brązowego,jednak brązowy też jest niezły,przy czym trzeba wziąć pod uwagę długi czas przygotowania (pół godziny),jaśminowy ok.15 minut,prażony na patelni i podlewany masełkiem oraz podduszany nawet 10 minut).żeby nam zapasów nie pożarły jakieś robaczki,to do każdego słoja z sypkim prowiantem wkładamy liść laurowy.

11.miód (wybitnie odżywczy doustnie oraz niezastąpiony środek armii izraelskiej na rany,nawet najgorszego pochodzenia-miodom i ich właściwościom poświęcę oddzielny cykl,ponieważ są tego warte a każdy rodzaj miodu ma inne,choć i niektóre podobne właściwości-niektóre mało znane:-))

12.cukier brązowy  

13.suszone owoce (daktyle(wartościowe słodycze),morele,figi(mnóstwo wapnia),rodzynki(długo,powoli żute uspokajają nerwowe serce),żurawina

14.orzechy laskowe,włoskie (wysoka zawartość odżywczych tłuszczów i witamin,w tym ciepłe włoskie-na prawidłowe funkcjonowanie nerek)

15.nasiona na kiełki (zalać wodą na 3 dni i mamy witaminy w momencie ich największego nawet braku)-tu pomocne będą nasiona rzodkiewki,fasoli mung,słonecznika,pszenicy)

16.pieprz cayenne (świetny środek na świeże krwotoki a poza tym kapitalne odkażanie wewnętrzne przewodu pokarmowego oraz inne cenne właściwości-o czym przy okazji-proszę o cierpliwość)

17.cynamon (m.in.zmniejsza zapotrzebowanie na słodycze)

18.kurkuma lub mieszanka ziół curry ( nieodzowna m.in.przy np.żółtaczce czy też innych słabościach wątroby)

19.galangal (silnie wspierający system immunologiczny,Hindusi nazywają go wprost lekiem na nowotwory,ale takie nazwanie w Europie jest niedopuszczalne (ciekawe,dlaczego?:-))

20.imbir (rozgrzewa w najgorsze zimno i jest doskonały na mdłości,również przy chorobie lokomocyjnej)

21.siemię lniane (pomocne przy podrażnionej śluzówce żołądka,pamiętajmy,aby siemię zawsze zaparzyć wrzątkiem przed spożyciem.Są różne szkoły spożycia siemienia lnianego-ja na pewno nie polecam mielonego,ale niektórzy właśnie takie preferują,więc…wybór wolny)

22.mleko w proszku (normalnie nigdy bym nie poleciła,ale w sytuacjach podbramkowych może być przydatne-jeżeli mamy okazję dorwać mleko w proszku kozie,to jak najbardziej)

23.konserwy-jak wyżej-normalnie nigdy,szczególnie nie powinny odżywiać się pokarmem konserwowym osoby mające jakiekolwiek problemy z tarczycą,hormonami i in.,ale w sytuacjach wyjątkowych…jak sama nazwa wskazuje-wyjątek.

Co w konserwie?Ryby-niektóre mają długie terminy ważności,tuńczyk ( tuńczyka posądzono o mordercze ilości rtęci a z amalgamatów i ….ojej…. szczepionek???:-),w których jest jej o niebo więcej,jakoś publiczny system zdrowotny niespecjalnie robił aferę,więc ryby i cóż,drodzy Wege-Wam się to nie spodoba,ale kto uważa,że musi(choć nie musi,ale tak mu się wydaje)-mięso.Jakie?Patrzcie,aby było jak najmniej składników-im mniej,tym zdrowsze.

24.oliwa w puszkach

25.olej kokosowy-ma też tę cenną cechę,że można się nim smarować w najbardziej palącym słońcu,ale poza tym jest odżywczy.Tym,którzy wcierają w siebie „wynalazki z parabenami”,bo ” z filtrem”,radzę się zastanowić,dlaczego ludy wystawione na silniejsze słońce niż u nas-niekoniecznie i nie zawsze rasy ciemniejszej od białej-używają oleju kokosowego z powodzeniem w najgorętszych strefach.

26.mleczko kokosowe w puszcze,w składnikach powinno być tylko ono i ewentualnie woda

27.na masło proszę raczej nie liczyć,chociaż to amerykańskiej armii,solone,w puszkach,byłoby niezłym pomysłem.

28.kto ma malutkie dzieci-wiadomo,odpowiedni zapas słoiczków dla dzieci plus więcej ryżu

29.Suszone zioła w słoikach:lipa (na gorączkę,ale i oczyszczająca)

30.owoc czarnego bzu (jw.)

31.mięta (żołądek),pokrzywa,

32.szałwia (w razie zapalenia dziąseł,gardła-niezastąpiona)

33.susz warzywny (pietruszka,marchewka,seler,pora,burak)

34.czosnek-nie potrzebuję chyba przedstawiać jego ważności.

35.suszone owoce dzikiej róży.

36.Ocet winny-o jego zdrowotnych właściwościach napiszę,ale niecierpliwi mogą o nim znaleźć informacje praktycznie wszędzie.

37.Spirytus rektyfikowany 75 % do 95%-dezynfekcja ale i do sporządzania tinctury ze znalezionych ziółek,które nabierają mocy w nalewce właśnie(ilość wedle zapotrzebowań:-)

38.Apteczka…..poza podstawowymi rzeczami znajdującymi się w każdej apteczce samochodowej,nieźle byłoby mieć tam:olejek kamforowy,olejek goździkowy (ból zęba!),ziołowe krople na żołądek (jest ich mnóstwo),wodę utlenioną koniecznie podwójną porcję,sylimarol,węgiel.

39.Soda oczyszczona do mycia zębów (poza pastą bez fluoru) ale i czyszczenia np.sanitariatów

40.Przybory higieny osobistej-panie pamiętają o swoich niezbędnikach,panowie również,plus bawełniana bielizna.

41.Okulary przeciwsłoneczne.

42.Szare mydło-do mycia ale i dezynfekcji ran.

43.Ręczniki,papier toaletowy (na obozach survivalowych znane jest też toaletowe użycie mchu oraz liści:-))

44.Worki na śmieci dobrze zamykane.

45.Ewentualnie przenośną toaletę.

46.Wilgotne chusteczki z dobrym zamknięciem.

47.Naczynia kempingowe (lekkie,najlepiej miedziane garnuszki,patelnia,kubki)

48.Saperka.

49.Namiot.

50.Wodoodporne śpiwory.

51.Gumiaki.

52.Peleryny przeciwdeszczowe.

53.Ciepłe swetry,polary (ogólnie syntetyczny polar nie należy do najzdrowszych produktów,ale trudno)

54.Tu uśmieją się co niektórzy-łuk i dobre strzały.W potrzebie……

55.Gaz obronny (oczywiście dozwolony prawem:-))

56.Wędka.

57.Sieć na rybki.

58.Piecyk-koza oraz nieco węgla,drewno sezonowane jak najbardziej.

59.Piłę ręczną.

60.Butlę z gazem (zwracać uwagę na termin przydatności!!!)

61.Olej do lamp.

62.Siekierę,tasaczek.

63.Lampki olejne.

64.Swiece.

65.Nóż „wieloczynnościowy”-no powiem,te szwajcarskie są naprawdę niezłe-i tak wiadomo,o którą firmę chodzi:-)

66.Whisky:-)

67.Młotek,gwoździe.

68.Mocna taśma.

69.Zyłka.

70.Łopata ogrodowa.

71Kompas.

72.Rakiety śnieżne:-)lub narty…a kto to wie,kiedy i co?

73.Rękawiczki ogrodowe i nie tylko.

74.Lustro (w razie czego można wysyłać nim też sygnały)

75.Radio na baterie (propaganda,bo propaganda,ale dobrze wiedzieć,jaka:-))

76.Książka telefoniczna…..a nuż będziemy potrzebować jakiegoś kontaktu a telefon zadziała:-)….ostatecznie zamiat suchych drewienek…..

77.Sznurek,tzw.kord.Zawsze się do czegoś przyda.

78.Przybornik do szycia-agrafki,mocne nici,igły.

79.Lina.

80.Ołówek,zeszyt.

81.Ciekawe książki.

82.Jakiś mocny klej.

83.Buty górskie.

84.Kwas borny np.na mrówki.

85.Moskitiera (może być zamiast sieci na rybki).

86.Pieniądz?Nie wiem.Może raczej nieco złota,czyli „paciorki na wymianę”:-).

87.Podpałkę w kostkach-będzie ogień nawet,kiedy wszędzie wilgoć.

88.Miód w plastrach.(w słoiku,do żucia,wzmacnia dziąsła,mięśnie szczęki,przeżuty plaster wyrzucamy lub…można użyć na ranę)

89.Czekolada gorzka.

90.Kakao.

91.Herbata zielona i czarna.

92.Kawa.

93.Telefon komórkowy może nie być użyteczny.Za to krótkofalówki i owszem.

94.Sanki.

95.Pierniczki w puszce (dobrze zrobione mogą wytrzymać dłuuuuugo)

95.Suszony chleb w słojach.(przypominam historię kobiety,która przeżyła kawał wojny na strychu dzięki suszonemu chlebkowi)

96.Propolis w buteleczce,zalany spirytusem-i na rany i wewnętrznie na różne dolegliwości.Proszę nie zapominać,że własnoręcznie robiony( z pewnego źródła ) „nalewek” propolisowy należy najpierw wlać do szklaneczki z ciepłą wodą,a kiedy na jej powierzchni utworzy się delikatna błonka z wosku,zbieramy ją i dopiero taki propolis możemy użyć wewnętrznie.

97.Parę desek.Czasem trzeba coś zbić:-)

98.Przepraszam,że na końcu,ale każdy przyjaciel zwierząt wie o tym i bez wskazówek:karmę i wodę dla naszych ukochanych pupilków.

99.MAPY okolicy z zaznaczonymi rzekami,jeziorami,ujęciami wody.

1oo.Nieprzemakalny plecak.

101.Dobry humor i wiarę,że wszystko to zużyjemy na bieżąco a kiedyś opowiemy dzieciom lub znajomym,jak to się szykowaliśmy do końca świata,którego nie było:-):-):-)

Lista nie jest pełna,każdy z Państwa miałby coś do dodania a i ja bym jeszcze co nieco…,ale myślę,że to,co się tutaj znalazło,wystarczy na uspokojenie umysłu,że przetrwamy każdą zgrozę…:-)Optymizmu życzę Wszystkim i spokoju ducha:-)

Posted in survival,czyli przeżyć, zdrowie | Leave a Comment »